Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 marca 2011

Bożonarodzeniowe zamyślenia (2)

Boże Narodzenie

"Przesłanie z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie"

Ilekroć, uciekając z hałaśliwych ulic Rzymu, przekraczam próg bazyliki Santa Maria Maggiore, przypomina mi się zaproszenie psalmisty: "Zatrzymajcie się i zobaczcie" (Ps 46,11). Jeżeli akurat w lecie nie kotłują się w kościele tłumy turystów, sam kościół czyniąc (upodabniając do) niejako ulicą, to z tajemniczego mroku jego wnętrza wyziera zaproszenie do wyciszenia się, do skupienia i oglądania, które jakby automatycznie odcina od rozgwaru dnia powszedniego. Czuje się wówczas, jakby modlitwy stuleci pozostały tu obecne, aby nas w tym momencie wziąć ze sobą w drogę. Gdy poddamy się teraz rytmowi tego domu Bożego i jego przesłaniu, wyzwolą się najbardziej ciche obszary duszy, które normalnie zagłuszone są przez wir trosk codziennych.

Cóż to jednak za przesłanie? Kto tak formułuje pytanie, temu już zagraża niebezpieczeństwo, iż uchyli się od szczególnego wyzwania, jakie mógłby usłyszeć w tej przestrzeni. Nie można swojej wypowiedzi zamknąć w szybko przywołanym haśle encyklopedycznym. Do tej wypowiedzi potrzeba wyjścia z ognia krzyżowego badań, potrzeba zatrzymania się, w którym obudzi się słuch i wzrok serca, potrzeba zatrzymania się, które wychodzi poza tę sferę, gdzie zbyt szybko chwytamy, a jeszcze szybciej porzucamy. Tak więc chciałbym was teraz - zamiast podawania odpowiedzi w formułkach i określeniach - zaprosić do tego, abyście razem ze mną obejrzeli dwa obrazy w tym kościele, a zatrzymując się przed nimi, wsłuchajcie się w ich mowę, którą mogę tylko w niedostateczny sposób przełożyć na słowa.

Jest tu coś osobliwego: ten kościół jest kościołem Bożego Narodzenia. Jako budowla chce nam przynieść owo zaproszenie anioła, skierowane do pasterzy. "Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan" (Łk 2,10n.). Równocześnie ten dom Boży chce nas poderwać do odpowiedzi pasterzy: "Pójdźmy i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił" (Łk 2,15). Tak więc oczekiwałoby się, iż obraz świętej nocy stanowić będzie centrum tego wnętrza i jego dróg. Rzeczywiście tak jest, a jednak jest również nie tak.

Mozaiki na obu ścianach nawy podłużnej kościoła przedstawiają - można powiedzieć - całą historię w formie procesji ludzkości do Zbawiciela. W środku ponad łukiem triumfalnym, u celu drogi, gdzie powinno być przedstawione Narodzenie Chrystusa, widzimy zamiast tego tylko pusty tron, a na nim koronę, płaszcz królewski i krzyż; u podnóżka leży - niczym jakaś poduszka - tobołek historii związany siedmioma czerwonymi wstążeczkami. Pusty tron, krzyż i u jego stóp historia - to bożonarodzeniowy obraz tego kościoła, który chciał i chce być Betlejem Rzymu. Właściwie dlaczego? Chcąc zrozumieć wymowę tego obrazu, musimy najpierw pamiętać, iż łuk triumfalny stoi nad kryptą, zbudowaną niegdyś jako kopia groty betlejemskiej, w której przyszedł na świat Chrystus. Tutaj do dziś czci się też relikwię, która według tradycji jest żłobem z Betlejem. W ten sposób bezpośrednio procesja historii, cała ta wspaniałość mozaik zostaje skierowana do jaskini, do stajni; obrazy spadają w rzeczywistość. Tron jest pusty, bo Pan zstąpił do stajni. Centralna mozaika, na której to wszystko się dzieje, jest zarazem tylko dłonią, wyciągniętą dla nas, abyśmy potrafili skoczyć z obrazów w rzeczywistość. Rytm tej przestrzeni porywa nas bowiem w jakis nagły przeskok, kiedy z okazałego świata naiwspanialszej antycznej sztuki, jaką są mozaiki, zostajemy bezpośrednio zepchnięci w przepaść jaskini, stajni. To jest przejście od religijnej estetyki do aktu wiary, do której chce nas ono podprowadzić.

Zatrzymanie i wyciszenie się w tej budowli stuleci, wzruszenie płynące z oglądania jej piękna i wielkości, pełne wyczucia ocieranie się o to, co wielkie, co inne, co wieczne - to pierwsza rzecz, której doświadczamy w spotkaniu z tym kościołem; a to coś wielkiego i szlachetnego, czego nam właśnie dzisiaj szczególnie potrzeba. Ale to nie wszystko. Jeżeli nie zdobędziemy się na następny krok - na "tak"wiary - to te pierwsze wrażenia pozostaną tylko pięknym snem, przemijającym uczuciem bez zobowiązania, a więc również bez mocy. Dopiero przy kroku wiary będą jasne następne sprawy: grota nie jest pusta. Jej właściwym wypełnieniem nie są relikwie żłobu betlejemskiego. Jej właściwym wypełnieniem jest msza Narodzenia Pańskiego o północy ("pasterka"). Dopiero wówczas następuje ostateczne przejście do rzeczywistości. Dopiero wówczas dotarliśmy do obrazu Bożego Narodzenia, który już nie jest obrazem. Tylko wówczas, gdy przesłanie przestrzeni doprowadzi nas aż dotąd, usłyszymy na nowo: d z i śnarodził się Zbawiciel. Tak, naprawdę dziś!

Z tymi myślami możemy teraz skierować się ku następnemu obrazowi w Santa Maria Maggiore, który chciałbym wam krótko przedstawić. Chodzi o prastary obraz maryjny, jaki - pod imieniem "Salus populi Romani" - przechowywany jest w kaplicy Borghesów. Aby zrozumieć jego mowę do odwiedzających, do nas, musimy jeszcze raz przypomnieć sobie podstawową wymowę tego koscioła. Powiedzieliśmy, że jest to kościół Bożonarodzeniowy, wzniesiony jak skorupa wokół stajni z Betlejem; tę stajnię z jednej strony rozumiemy jako obraz świata i Kościoła Bożego, z drugiej strony równocześnie żąda ona od nas przekraczania wszystkich obrazów i wszystkich rzeczy czysto estetycznych.

Mógłby jednak ktoś teraz zarzucić, iż nie jest to kościół Bożonarodzeniowy, a więc kościół poświęcony Chrystusowi, lecz kościół Maryjny, pierwszy kościół w Rzymie, i w ogóle na Zachodzie, poświęcony Maryi. Takie przeciwstawienie dowodziłoby jednakże, iż ten, kto stawia w ten sposób kwestię, nie zrozumiał dokładnie niczego z istoty tak pobożności maryjnej, jak i tajemnicy Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie ma znaczenie szczególnego rodzaju w wewnetrznej strukturze wiary chrześcijańskiej. My nie obchodzimy tego święta tak, jak się wspomina urodziny wielkich mężów, bo również nasz stosunek do Chrystusa różni się bardzo od czci, jaką oddajemy wielkim mężom. Co jest interesującego w nich, to ich dzieło: idee, które wymyślili i zapisali, dzieła sztuki, które stworzyli, i urządzenia, które zostawili! To dzieło należy do nich, a nie do ich matek, które o tyle tylko nas interesują, o ile może od nich przyjść jakiś element wyjaśnienia dzieła.

Ale Chrystus liczy się dla nas nie tylko ze względu na jego dzieło, ze względu na to, co uczynił, lecz przede wszystkim ze względu na to, kim był i kim jest w całości swojej osoby. On liczy się inaczej niż każdy inny człowiek, ponieważ jest On nie tylko człowiekiem. On liczy się, ponieważ w Nim stykają się ziemia z niebem i w ten sposób w Nim możemy dotknąć Boga jako człowieka. Ojcowie Kościoła nazywali Maryję ziemią świętą, z której został On uformowany jako człowiek. I jest czymś cudownym, ze Bóg w Chrystusie na zawsze pozostanie związany z ziemią. Augustyn tę samą myśl wyraził tak: Chrystus nie chciał żadnego ludzkiego ojca, aby było widoczne Jego synostwo Boskie; chciał jednak człowieczą matkę:  "Rodzaj męski postanowił On przyjąć na siebie, zaś rodzaj żeński zechciał uczcić przez swą Matkę... Gdyby Chrystus jako mężczyzna zjawił się bez uszanowania rodzaju żeńskiego, to musiałyby kobiety zwątpić w siebie... On jednak zaszczycił oba rodzaje, oba uszanował, oba przyjął na siebie. Z niewiasty został zrodzony. Nie wątpcie w siebie mężczyźni: będąc mężczyzną, Chrystus poczytywał to sobie za zaszczyt. Nie wątpcie w siebie, kobiety: będąc zrodzony z Niewiasty, Chrystus poczytywał to sobie za zaszczyt. Do zbawczego działania włączają się więc oba rodzaje: męski i żeński - w wierze nie istnieje ani mężczyzna, ani kobieta".

Wyraźmy to jeszcze inaczej: W dramacie zbawienia nie jest tak, że Maryja miałaby jakąś rolę do odegrania, aby potem zejść ze sceny, jak ktoś, kogo występ się skończył. Wcielenie z Niewiasty nie jest rolą, która po krótkim czasie zostałaby "załatwiona"; Wcielenie to wieczne bycie Boga z ziemią, z człowiekiem, z nami, którzy jesteśmy ziemią. Dlatego święto Bożego Narodzenia jest też świętem Maryi i Chrystusa, i stąd prawdziwy kościół Bożonarodzeniowy musi być zarazem kościołem Maryjnym. Z takimi właśnie myślami powinniśmy się wpatrywać w prastary tajemniczy obraz, który rzymianie nazywają "Salus populi Romani". Według tradycji, obraz ten niósł w procesji przez ulice Rzymu Grzegorz Wielki w 590 roku, gdy w mieście szalała dżuma. Po zakończeniu procesji zaraza wygasła, Rzym był znów zdrów. Z tej młodzieńczej i zarazem szacownej postaci, z jej mądrych i dobrych oczu spogląda na nas macierzyńska dobroć Boga: "Ja was chcę pocieszyć tak, jak pociesza własna matka" - mówi Bóg do nas przez proroka Jeremiasza (66,13). Tego matczynego pocieszania Bóg dokonuje widocznie najchętniej przez matkę, przez swoją Matkę - i któż mógłby się temu dziwić? Przed tym obrazem opada z nas cała ta otoczka bezkrytyczności wobec siebie samego; rozluźniają się skurcze naszej pychy, znika strach przed uczuciami i wszystko to, co nam przynosi wewnętrzne choroby. Depresje i zwątpienia rodzą się stąd, iż zachwiał się lub zawalił porządek w uczuciach. Nie widzimy już w świecie tego, co ciepłe, pocieszające, dobre i niosące ratunek; nie widzimy tego wszystkiego, co można zobaczyć tylko sercem. W chłodnym poznaniu, któremu odcięto korzenie, świat staje się zwątpieniem. Dlatego przyjęcie tego obrazu uzdrawia. Zwraca nam ziemię wiary i człowieczeństwa, jeżeli tylko otworzymy się i przyjmiemy jego wewnętrzną wymowę.

Powiedzieliśmy już, że harmonia między łukiem triumfalnym a grotą uczy nas przechodzenia od estetyki do wiary. Przejście do tego obrazu pomoże nam uczynić jeden krok dalej. Pomoże nam wyzwolić wiarę z wysiłków woli i rozumu i umieścić ją w całości naszego bytu. Ofiaruje nam z powrotem nową i większą estetykę: Jeżeli pójdziemy za głosem Zbawiciela, to możemy także na nowo przyjąć język ziemi, który On sam przyjął. Możemy się też otworzyć na bliskość Matki - bez lęku przed fałszywym sentymentalizmem i bez strachu przed mitycznymi mrzonkami. Mitem i chorobą stanie się to wszystko tylko wtedy, gdy wyrwiemy je z wielkiego kontekstu Tajemnicy Chrystusa. Wówczas to wyrwane wraca z powrotem w bałamutnych postaciach ezoteryki, której obietnice są puste i kłamliwe. W obrazie Matki Zbawiciela jawi się prawdziwa pociecha - Bóg jest tak blisko, że można Go dotykać także dzisiaj. Jeżeli przy zatrzymaniu się w tym kościele zauważymy ową pociechę, to weszło w nas przesłanie tej świątyni ze zbawczym i przemieniającym skutkiem.


-- Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", 1996 r.



Rzym, bazylika Santa Maria Maggiore, wczesnośredniowieczne mozaiki z V w. Po środku zwieńczenia łuku tęczowego, medalion z "pustym tronem" (gr. hetoimasia - patrz opis w tekście powyżej). Po obu stronach tronu święci Apostołowie Piotr i Paweł, za nimi święci Ewangeliści (w symbolach - od lewej do prawej): Łukasz, Mateusz, Marek i Jan. Poniżej łaciński napis: "XYSTUS EPISCOPUS PLEBI DEI" ("Biskup Ksystus Ludowi Bożemu") [foto: Flickr/miltonmic].   ►patrz powiększenie detalu



Rzym, bazylika Matki Bożej Większej (Santa Maria Maggiore, współrzędne GPS 41° 53' 52'' N x 12° 29' 53.60'' E), około 350 m na płd.-zach. od dworca centralnego Tirmini. Kaplica Świętego Żłóbka - na pierwszym planie figura papieża Piusa IX. [foto Flickr/Bill in DC]



Relikwiarz Świętego Żłóbka w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore                 [foto: Picasa/Beata, 7-11-2009]


Patronka Rzymu: "Salus populi Romani"  ("Zbawienie Ludu Rzymskiego" - Matka Boża Śnieżna - jedna z najstarszych na świecie ikon, według tradycji namalowana przez św. Łukasza Apostoła) w kaplicy Borghesów bazyliki Santa Maria Maggiore [foto: Picasa/Greg F 31-03-2010]



 
Rzym, bazylika Santa Maria Maggiore, kaplica Borghesów - w centrum wizerunek Matki Bożej Śnieżnej  [foto: Flickr/campagnoli, 17-05-2008]







Rozmyślania Josepha Kardynała Ratzingera "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[2]  "Bożonarodzeniowe zamyślenia (2)" - 14-01-2011

Bożonarodzeniowe zamyślenia (1)

"Wół i osioł przy żłobie"

Na Boże Narodzenie życzymy sobie z całego serca, aby ten świąteczny czas pośrodku całego bieżącego zabiegania przyniósł nam trochę zamyślenia i radości, coś z dotknięcia przez dobroć naszego Boga, i w ten sposób abyśmy poczuli nową odwagę do dalszego pielgrzymowania. Na początku niniejszego rozważania na temat wymowy świąt Bożego Narodzenia pomocny nam będzie krótki rzut oka na historię powstania tego święta.

Rok liturgiczny Kościoła rozwinął się nie z wpatrywania się w narodzenie Chrystusa, lecz z wiary w Jego zmartwychwstanie. Przeto nie Boże Narodzenie jest praświętem chrześcijaństwa, lecz Wielkanoc. Albowiem dopiero zmartwychwstanie położyło fundamenty pod wiarę chrześcijańską i Kościół. Dlatego już Ignacy Antiocheński (zm. ok. 117 roku po narodzeniu Chrystusa) nazywa chrześcijan tymi, co "nie zachowują już więcej szabatu, lecz żyją według dnia Pańskiego": być chrześcijaninem znaczy żyć Wielkanocą, znaczy żyć zmartwychwstaniem, które obchodzi się w cotygodniowym wspomnieniu Wielkanocy w niedzielę. Pierwsza wzmianka o tym, że Jezus urodził się 25 grudnia, znajduje się na pewno u Hipolita z Rzymu, w jego komentarzu do proroka Daniela, napisanym ok. roku 204 po narodzeniu Chrystusa. Swego czasu Bo Reicke, egzegeta z Bazylei, zwrócił uwagę na kalendarz świąt, według którego ułożone są w Ewangelii Łukasza opowiadania o narodzinach Jana Chrzciciela i narodzinach Jezusa. Z tego by wynikało, ze już Łukasz w swojej Ewangelii zakładał, iż Jezus urodził się 25 grudnia. Tego dnia bowiem obchodzono wówczas - wprowadzone w 164 roku przed narodzeniem Chrystusa przez Judę Machabeusza - święto poświęcenia świątyni, a data narodzenia Jezusa miałaby symbolizować, że razem z Nim, przychodzącym w zimową noc jako Boże światło, wydarzyło się prawdziwe poświęcenie świątyni: przyjście Boga na ziemię.

Jakkolwiek by się do tego odnieść, święto Bożego Narodzenia przyjęło wyraźną postać dopiero w IV wieku, kiedy rzymskie święto niezwyciężonego boga Słońca zostało wyparte z kalendarza, a narodziny Chrystusa czczono jako zwycięstwo Prawdziwego Światła. Z notataek Bo Reicke'a wynika jasno, że ta przemiana pogańskiego święta w chrześcijańską uroczystość dokonała się nie bez wpływu starej judeochrześcijańskiej tradycji.

Jednak to szczególnie ludzkie ciepło (które w święto Bożego Narodzenia tak bardzo się nam udziela, że trudno tu dorównać Wielkanocy) przyszło właściwie dopiero w średniowieczu. I tutaj Franciszek z Asyżu, powodowany głęboką miłością do Jezusa-Człowieka, do Emmanuela, pomógł nam wprowadzić to nowe! Tomasz z Celano, jego pierwszy biograf, w "Żywocie drugim" opisuje następujące zdarzenie:

"Boże Narodzenie obchodził z większym entuzjazmem niż inne święta, nazywając świętem nad świętami dzień, w którym Bóg, stawszy się dziecięciem, ssał mleko kobiety. Z niewysłowioną słodyczą pieścił wizerunek ciała Dziecięcia, a litość dla Niego przepełniająca mu serce sprawiała, że czule wypowiadał słowa, tak jak dziecko. A imię Jezus było mu tak słodkie jak plaster miodu w ustach".

Z takiej właśnie postawy wyrosło potem owo słynne świętowanie Bożego Narodzenia w Greccio, do którego być może przyczyniły się zarówno pielgrzymka do Ziemi Świętej, jak i odwiedziny żłóbka w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore (Matki Bożej Większej). Skłoniły go do tego i tęsknota za bliskością, za rzeczywistością, i pragnienie przeżycia Betlejem całkiem współcześnie, pragnienie bezpośredniego przeżycia radości z narodzenia Dzieciątka Jezus, pragnienie opowiedzenia o tym wszystkim swoim przyjaciołom.

O tamtej nocy spędzonej przy szopce opowiada Celano w "Pierwszym żywocie"w sposób, który do dziś porusza ludzkie serca, czym zarazem istotnie przyczynił się do tego, iż mógł się rozszerzyć najpiękniejszy bożonarodzeniowy zwyczaj: szopka. Możemy więc z całą pewnością powiedzieć, że tamta noc w Greccio na nowo przyniosła chrześcijaństwu święto Bożego Narodzenia, tak że jego własna wymowa, jego szczególne ciepło i człowieczeństwo naszego Boga, udzieliło się duszom, a wierze dało nowy wymiar. Święto Zmartwychwstania skierowało wzrok na moc Bożą, która pokonała śmierć, i uczy nas pokładać nadzieję w przyszłym świecie. Teraz jednak widoczna jest bezbronna miłość Boga, Jego pokora i dobroć, która się nam ukazuje pośrodku tego świata i chce nas nauczyć, abyśmy w tej miłości na nowy sposób żyli i kochali.

Być może, okaże się pożytecznym, abyśmy jeszcze tutaj na chwilę przystanęli i zapytali: gdzie właściwie leży to Greccio, które dla historii wiary posiada tak wielkie znaczenie? To jest niewielka miejscowość w dolinie Rieti, w Umbrii, niedaleko od Rzymu w kierunku północno-wschodnim. Jezioro i góry nadają temu skrawkowi ziemi szczególny urok, a jego ciche piękno potrąca struny naszego wnętrza i dzisiaj, tym bardziej, że nie dociera tutaj wcale cały turystyczny majdan. Konwent w Greccio położony jest na wysokości 638 metrów i zachował coś z prostoty swoich początków; pozostał nadal skromny, jak wioska u jego stóp; jak za czasów Biedaczyny, otoczony jest lasem i zaprasza do zadumy. Celano powiada, że Franciszek darzył mieszkańców tego zakątka szczególną miłością z powodu ich ubóstwa i prostoty; przybywał tutaj często, aby odpocząć; przyciągała go też cela, nad wyraz uboga i ukryta, w której bez przeszkód mógł się oddawać kontemplacji rzeczy niebieskich. Ubóstwo, prostota i milczenie ludzi, a zdrugiej strony mowa stworzenia - to były z pewnością wrażenia i odczucia, jakie wiązał z tym miejscem Święty z Asyżu. W ten sposób to miejsce mogło stać się jego Betlejem; w ten sposób mogło ono Tajemnicę z Betlejem wpisać na nowo w geografię dusz.

Ale powróćmy jeszcze do Bożego Narodzenia z 1223 roku. Teren z Greccio został ofiarowany Biedaczynie z Asyżu przez pewnego szlachetnego męża imieniem Jan, o którym mówi Celano, że"choć był szlachetnego rodu i cieszył się na swej ziemi szacunkiem, wzgardziwszy szlachetnością ciała, poszedł za szlachetnością duszy". Dlatego właśnie Franciszek "umiłował go szczególną miłością".

O Janie napisał Celano, że tej właśnie nocy otrzymał on łaskę cudownego widzenia. widział leżące nieruchomo w żłobie małe dziecko, które zbudziło się z głębokiego snu wtedy, gdy zbliżył się święty Franciszek. Autor dodaje: "A widzenie to nie było niezgodne z rzeczywistością, ponieważ Dzieciątko Jezus zostało zapomniane w sercach wielu ludzi, a Jego łaski zostały przypomniane dzięki świętemu słudze Franciszkowi i wspomnienie o Nim wryło się im głęboko w pamięć"  ("Żywot pierwszy").

W tym obrazie opisany jest dokładnie nowy wymiar, jaki Franciszek swoją - sercem i uczuciem przepełnioną - wiarą ofiarował chrześcijańskiemu światu święto Bożego Narodzenia: było to odkrycie objawienia Bożego, jakie ukryte jest właśnie w Dzieciątku Jezus. Właśnie w ten sposób Bóg stał się naprawdę "Emmanuelem", Bogiem z nami, od którego nie oddziela nas żaden szlaban wysokości czy oddalenia. Jako Dziecko, stał się nam tak bliski, że możemy bez skrępowania mówić do Niego "Ty", możemy z Nim pozostawać na "Ty" ze względu na bezpośredni dostęp do dziecięcego serca.

W Dzieciątku Jezus objawiła się nam najwyraźniej bezbronność miłości Bożej: Bóg przychodzi bez broni, ponieważ nie chce ludzi podbijać od zewnątrz, On chce zwyciężać od wewnątrz, od wewnątrz chce zmieniać ludzi. Jeżeli cokolwiek może pokonać pychę człowieka, jego żądzę posiadania i używania przemocy, to na pewno bezbronność dziecka. Bóg przybrał tę postać, aby nas w ten sposób pokonać i doprowadzić do nas samych.

Nie zapomnijmy przy tym, że najwyższa godność Jezusa Chrystusa nosi tytuł "Syn" - Syn Boży; Boża godność wyraza się w słowie określającym Jezusa jako ustawiczne Dziecko. Jego bycie dzieckiem odpowiada w sposób swoisty Jego Boskości, która jest Boskością "Syna". Tak więc "bycie dzieckiem" wskazuje, jak my możemy dojść do Boga, do przebóstwienia. Na tym tle łatwiej zrozumieć Jego słowa: "Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego"  (Mt 18,3).

Kto nie zrozumiał Tajemnicy Bożego Narodzenia, ten nie zrozumiał istoty bycia chrześcijaninem. Kto nie przyjął tej tajemnicy, ten nie może wejść do królestwa niebieskiego - to jest prawda, którą Franciszek chciał na nowo przypomnieć chrześcijaństwu swojego czasu i każdego czasu następnego.

W jaskini w Greccio stanęły tamtej świętej nocy - zgodnie ze wskazówkami świętego Franciszka - wół i osioł. Zacnemu Janowi powiedział wówczas tak: "Chciałbym jak najbardziej prawdziwie przypomnieć owo Dziecię, jak się narodziło w Betlejem, i wszystkie niewygody i wyrzeczenia, jakie musiało znosić. Chciałbym moimi cielesnymi oczami zobaczyć, jak zostało położone w żłobie, jak spało na sianie, między wołem i osłem" ("Żywot pierwszy").

Od tego czasu wół i osioł należą do każdego "wyposażenia" żłóbka. Ale dlaczego właściwie się one tutaj znalazły? W Nowym Testamencie nie ma przecież o nich ani słowa. Szukając odpowiedzi na to pytanie, natrafiamy na stan rzeczy, który jest ważny zarówno dla zwyczajów bożonarodzeniowych, jak i w ogóle dla duchowości bożonarodzeniowej i wielkanocnej Kościoła, wyrażającej się w liturgii i zwyczajach ludowych.

Wół i osioł nie są zwykłymi "produktami"pobożnej fantazji; te dwa zwierzęta - dzięki wierze Kościoła w jedność Starego i Nowego Testamentu - stały się towarzyszami Bożonarodzeniowego Wydarzenia. U Izajasza (1,3) bowiem czytamy:"Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela; Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie".

Ojcowie Kościoła widzieli w tych słowach profetyczną zapowiedź nowego ludu Bożego, Kościoła składającego się z Żydów i pogan. Wobec Boga wszyscy ludzie - Żydzi i poganie - byli jak wół i osioł, bez rozumu i poznania. Dzieciątko w żłobie otworzyło im jednak oczy, tak że teraz rozpoznają głos swojego właściciela, głos swego pana.

Można zauważyć, jak w średniowiecznych przedstawieniach oba zwierzęta posiadają niemal ludzkie twarze i z czcią i świadomością stoją w pochyleniu przed tajemnicą Dzieciątka. W tym była pewna logika, gdyż zwierzęta służyły jako szyfr profetyczny, za którym kryje się tajemnica Kościoła - nasza tajemnica, gdzie, gdzie my, osły i woły, stoimy wobec Wiekuistego - tajemnica wołu i osła, którym w tę świętą noc otwierają się oczy i rozpoznają leżącego w żłobie swego Pana.

Ale czy my Go rzeczywiście rozpoznajemy? Oglądając w szopce wołu i osła musimy pamiętać o tych słowach Izajasza, które są nie tylko ewangelią (tj. obietnicą przyszłego poznania), lecz także sądem nad obecnym zaślepieniem. Wół i osioł rozpoznają, a "Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie".

Kto dzisiaj jest wołem, kto osłem, to "ludem moim" niczego nie rozumiejącym? Po czym rozpoznać wołu i osła, po czym "lud mój"? Dlaczego w ogóle tak jest, że nierozumność rozpoznaje, a rozum pozostaje ślepy?

Aby znaleźć odpowiedź na te pytania, musimy razem z Ojcami Kościoła powrócić jeszcze raz do pierwszego Bożego Narodzenia. Kto nie rozpoznał i kto rozpoznał? I dlaczego tak było?

Do tych, którzy nie rozpoznali, trzeba zaliczyć przede wszystkim Heroda, który także niczego nie zrozumiał wówczas, gdy mu opowiadano o Dzieciątku; wręcz przeciwnie, żądza posiadania i związana z nią mania prześladowcza zaślepiały go jeszcze bardziej. Nie rozpoznała też "z nim cała Jerozolima" (Mt 2,3). Nie rozpoznali również ludzie ubrani w "miękkie szaty" (Mt 11,8) - ludzie wytworni. Dalej do tych, co nie rozpoznali, należą uczeni panowie, znawcy Biblii, specjaliści od wykładania Pisma, którzy wprawdzie umieli znaleźć odpowiedni cytat biblijny, ale mimo to niczego nie rozumieli (por. Mt 2,6).

Do tych, którzy rozpoznali należeli - w porównaniu z ludźmi o ustalonej renomie to"wół i osioł" - pasterze, mędrcy, Maryja i Józef. Czyż mogło być inaczej? Stajnia, gdzie urodził się Jezus, nie jest domem wytwornych ludzi; w stajni "mieszkają" wół i osioł.

Jaka jest jednak nasza postawa? Oddaliliśmy się od stajni dlatego, że jesteśmy zbyt wytworni i zbyt rozumni? Czy nie zaplątaliśmy się w uczonych interpretacjach biblijnych, w udowadnianiu prawdziwości czy nieprawdziwości miejsc historycznych tak bardzo, że sami nie widzimy Dzieciątka i nic od Niego nie przyjmujemy? Czy nie tkwimy zbyt w "Jerozolimie", w pałacu, czy nie jesteśmy zbyt zadomowieni w nas samych, w naszej żądzy poznawania, w naszej manii prześladowczej? Jakże więc możemy usłyszeć nocą głos aniołów? Jakże możemy iść i pokłonić się?

Tak więc tej nocy patrzą na nas pytająco oczy wołu i osła: lud mój niczego nie rozumie, a czy ty rozumiesz głos twego Pana? Ustawiając w szopce znane od dziecka figury, prośmy Boga, aby nasze serce obdarował tą prostotą, która w Dzieciątku odkryje Pana - jak kiedyś to uczynił Franciszek w Greccio. Wówczas może się wydarzyć to, co Celano - posługując się niemal słowami świętego Łukasza o pasterzach owej pierwszej świętej nocy (Łk 2,20) - napisał o uczestnikach pasterki w Greccio:"wszyscy pełni radości wrócili do swoich domów" ("Żywot pierwszy").


-- Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", 1996 r.



Greccio koło Rieti - ok. 70 km na płn.-wsch. od Rzymu  - klasztor franciszkanów i sanktuarium św. Franciszka. Współrzędne GPS 42° 27' 40.70'' N x 12° 45' 05.80'' E  [foto: Flickr/dabliuph]  ►[widok ogólny na klasztor - w dużo większym formacie]



Klasztorna cela w sanktuarium św. Franciszka  [foto: Panoramio/AlexDeger]



Św. Franciszek w grocie betlejemskiej w Greccio, w 1223 r. (płaskorzeźba w sanktuarium św. Franciszka)  [foto: Flickr/Gita] 


Pomnik św. Franciszka, przed sanktuarium w Greccio  [foto: Flickr/Gita]







Rozmyślania Josepha Kardynała Ratzingera "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[1]  "Bożonarodzeniowe zamyślenia (1)" - 30-12-2010

środa, 14 lipca 2010

Opowieść wigilijna (2)




Post opublikowany pierwotnie w Salonie 24 [26-12-2009]:




"Cicha noc", w oryginale: "Stille Nacht, heilige Nacht" - kolęda powstała w Oberndorfie koło Salzburga w Austrii - sł. Joseph Mohr 1816 r., muz. Franz Xaver Gruber 1818 r. Polskie tłumaczenie Piotr Maszyński 1930 r.


Cicha noc, święta noc!
Pokój niesie ludziom wszem,
a u żłobka Matka Święta
czuwa sama uśmiechnięta
nad Dzieciątka snem,
nad Dzieciątka snem.

Cicha noc, święta noc!
Pastuszkowie od swych trzód
biegną wielce zadziwieni
za anielskich głosem pieni,
gdzie się spełnił cud,
gdzie się spełnił cud.

Cicha noc, święta noc!
Narodzony Boży Syn,
Pan wielkiego majestatu
niesie dziś całemu światu
odkupienie win,
odkupienie win.

Cicha noc, święta noc,
jakiż w tobie dzisiaj cud,
w Betlejem dziecina święta
wznosi w górę swe rączęta
błogosławi lud,
błogosławi lud.




"Gdy wszystko było w głębokim milczeniu..."


Błogosławiona głębia milczenia...



W liturgii swojej Kościół często nam powtarza o głębi milczenia, o tym "medium silentium", które w noc Bożego Narodzenia spowijało cały świat: "Gdy wszystko było w głębokim milczeniu, a noc w swym biegu połowy drogi dosięgła, Wszechmocne Słowo Twoje, Panie, zstąpiło z nieba, ze Stolicy królewskiego tronu" (Mdr 18, 14-15). Trzeba było głębi milczenia, aby wszechmocne Słowo Boże przybyło na ziemię z łona Ojca. Jest niezwykłą potrzebą ducha ludzkiego wgłębiać się w to "medium silentium" w przepastną tajemnicę Słowa, które można "dosłyszeć", zrozumieć i ogarnąć tylko w wewnętrznym skupieniu. Dlatego Bóg rodzi się "wśród nocnej ciszy", a Słowo Ciałem staje się w największym milczeniu. Mistycy i asceci najskuteczniej modlili się w ciszy nocnej, literaci i poeci najgłębiej pojmowali tajemnicę swego istnienia w gwieździstą noc.

W taką gwieździstą noc, w głębi milczenia i skupienia, przychodzi Słowo Przedwieczne na świat, okryte ciałem, wziętym przez Ducha Świętego z Maryi Dziewicy. Ona pierwsza przeżyła całą głębię spotkania z Bogiem w milczeniu i ciszy. Ona pierwsza Go ogarnęła i zrozumiała, co to znaczy szczęście posiadania Boga. Dlatego też Ona, pierwsza Sponsa Christi, Panna Wierna, staje się dla nas wszystkich wspaniałym wzorem pełnego zjednoczenia i radości z Boga.

Trzeba niekiedy odskoczyć i uciec od samego siebie, aby w wewnętrznej jedności z Bogiem odszukać szczęście obcowania z Nim. Niekiedy gubimy to szczęście. Jego miejsce w naszej duszy zajmuje niepokój, nieład, jakieś zatracenie orientacji i zagubienie się w detalach życia. Trzeba wtedy umieć skoncentrować się w głębokiej ciszy skupienia. Trzeba zmilknąć i zagubić się w Bogu, aby nie widzieć już nic, tylko rozważać Jego wielką Miłość, która dana jest każdemu z nas od Najświętszego Gościa, wypełniającego całe nasze istnienie.

Pomoże nam w tym "Matka Wielkiego Milczenia", jak nazywa Maryję s. Nulla, franciszkanka, służebnica Krzyża, w swej pełnej Bożego czaru poezji:

"Naucz mnie milczeć z Tobą, Panno zadumana –
Sprowadź zgłodniałe serce w mroczność tajemnicy.
Szczęściem już jest i łaską na Twych czystych licach
Chwytać skupiony refleks Rzeczy nie nazwanych.

Pozwól mi po Twych oczu łagodnym promieniu
Spuścić się jak po linie w tę przepaść głęboką,
Gdzie skołatanej duszy przycichnie niepokój
I pełnodźwięcznym SŁOWEM zatętni milczenie.

Pozwól mi razem z Tobą, o Panno spokojna,
Zatracić umysł w Bogu, by znaleźć go w nowym –
I cały świat zobaczyć poprzez pryzmat Słowa:
I "szczęście", i "nieszczęście", i "pokój", i "wojnę"!




Zanim Słowo Ciałem się stało – próba miłości...


Niewątpliwie, każdy z nas ma głębokie pragnienie miłowania Boga i każdy myśli zapewne w swym idealnym programie, że wystarczy oddać się Bogu, a będzie już pokój i szczęście. Nieraz wydaje się nam, że już niczego nie powinno nam braknąć, jeżeli mamy najlepszą wolę służenia Bogu. wszystkie trudności powinny wtedy ustąpić. Ale w rzeczywistości tak nie jest. Przeciwnie, im więcej mamy dobrej woli, którą niekiedy niesłusznie sobie przypisujemy, zamiast przypisać ją działającej łasce, tym więcej rodzi się trudności.

Ale cóż w tym dziwnego?! Miłość musi być próbowana, jak złoto w ogniu. Tylko mała miłość w ogniu prób kruszeje. Wielka miłość oczyszcza się i rozpala. A Bóg chce od nas wielkiej miłości.

Któż miał lepszą wolę oddania się całkowicie Ojcu na służbę, jak nie Syn Boży, Słowo Wcielone? Któż więcej miłował Ojca niż Ten, który mówił: "Oto idę, Ojcze, aby czynić wolę Twoją". Jest to największa miłość i najwspanialsza gotowość, jaką okazał Syn Boży Ojcu swemu niebieskiemu. Wobec takiej gotowości wszystko powinno pójść łatwo. Tej gotowości Syna najbliższa była gotowość Maryi: "Oto Ja służebnica Pańska, niechaj Mi się stanie według słowa twego" (Łk 1, 38).

A więc Dwoje, zespolonych w największej miłości ku Ojcu niebieskiemu i w najlepszej intencji wypełnienia Jego woli! Jakże tych Dwoje musiało się całkowicie Bogu podobać! Dobry Ojciec "powinien był" współdziałać z takimi objawami miłości i najlepszej woli, czyniąc ich życie łatwe i lekkie. Tymczasem nie! Wszystko idzie trudno, jak z kamienia. Wszystko się niezwykle komplikuje.

Oto Najczystsza Dziewica, Brzemienna już Bogiem, ukryta w domku nazaretańskim, idzie naraz w góry, do Ain Karim, aby służyć. Tam odsłaniają Jej tajemnicę, bo napełniona Duchem Świętym Elżbieta woła: "A skądże mi to, że przyszła Matka Pana mego do mnie?" (Łk 1, 43). Przedwcześnie więc musi objawić się światu i wyśpiewać "Magnificat". Dziewczątko z Nazaretu ukryte, ciche i nikomu nieznane, naraz pchnięte mocą Ducha Świętego z własnego łożyska życia, zapowiada swoje wielkie królowanie na świecie: "Błogosławioną zwać mnie będą wszystkie narody!" (Łk 1, 48). A więc wychodzi jak gdyby ze swojego własnego programu życia ku wielkim sprawom Bożym. Później wszystko będzie się tak "komplikować".

Ileż było niespodziewanych trudności przed przyjściem Jezusa na świat! Oto najpierw wątpliwości sprawiedliwego Opiekuna Józefa, o których mówi Ewangelia dzisiejszej Mszy świętej z Wigilii Bożego Narodzenia. Józef, widząc Maryję brzemienną, zamierzał Ją potajemnie opuścić, aby nie narazić Jej na zniesławienie. Trzeba go było uspokajać i to najwyższą interwencją Bożą: "Oto anioł Pański ukazał mu się we śnie, mówiąc: Józefie, synu Dawidów nie bój się przyjąć Maryi, małżonki swej; albowiem co się z Niej poczęło, z Ducha Świętego jest" (Mt 1, 20). My nie jesteśmy nawet w stanie zrozumieć, jak trudna musiała być sytuacja Najczystszej z dziewic, którą Bóg wybrał sobie spośród miliardów! W jak delikatnej pozycji Ją ustawił! Józef znał Ją dobrze i żadna niewłaściwa myśl nie przyszła mu do głowy, ale jednak do końca wszystkiego nie rozumiał, dopóki mu to nie było przez Boga wyjaśnione. Na olbrzymią próbę wystawiona była Niepokalana, nietknięta przez grzech. Patrzcie, jak wiele Bóg wymaga od wybranych swoich, jak ciągle "poprawia" własny program, jak podnosi wymagania! To prawdziwie ogniowa próba miłości!

A potem było coraz trudniej... Oto nagła podróż do Betlejem, w najniewłaściwszej chwili, bo na kilka niemal dni przed narodzeniem Dziecięcia! Wędrówka z Nazaretu na dalekie południe. Jakże to musiało być uciążliwe dla Kobiety, noszące Dziecię. Nie ulitował się nad Nią Ojciec! My byśmy się dzisiaj oglądali za wygodnymi środkami lokomocji. Nic z tych ulg! A później, w Betlejem, nowa komplikacja: po uciążliwej drodze pukanie od drzwi do drzwi... Nic gotowego! – "Nie było bowiem dla nich miejsca w gospodzie" (Łk 2, 7) i sprawa skończona! W jakże trudnym położeniu znalazł się Józef, nie mogąc nic zaradzić. Trzeba było po prostu wyjść z miasta, błąkać się po polach pastuszych i tam, w jakiejś rozwalonej szopie, oczekiwać przyjścia Boga-Człowieka...

Jakie to wszystko niepojęte! Zda się, że Boga Ojca nie ma, że zabrakło Jego pomocy i dłoni ojcowskiej. O! jakże trudno jest miłować Boga! Mimo to, że tej miłości pragniemy, że mamy przecież najlepszą wolę, a żadnych wątpliwości. Na jak ciężką próbę wystawia On naszą miłość!


Idzie o większą, największą miłość


Nie mnóżmy już przykładów i faktów, bo nie o to idzie. Idzie o większą, największą miłość...! Te przykłady, to tylko znak. Idzie o to, abyśmy zrozumieli w głębi nocy – tego "medium silentium" – jak nieustannie musimy poprawiać naszą miłość i jak bardzo musimy ufać Bogu, nigdy nie czyniąc Mu wymówek. On wszystko może zrobić, Jemu wolno ciągle próbować naszą miłość, chociażby najlepszą, i żądać jeszcze większej, największej... Ponad wszystko, co zrobiliśmy najlepszego, On chce jeszcze większej miłości. "Maior autem horum est caritas" – ponad to wszystko jeszcze większa miłość!

Bo cóż to jest człowiek? Człowiek to jest olbrzymia studnia wody żywej, bez dna, nad którą pochyla się Bóg i ciągle mówi: "Sitio..."
– pragnę, łaknę!

Cokolwiek mamy, wszystko mamy dla Boga. Ale nieskończony Bóg może
– że się tak wyrażę – wypić całe nasze życie do ostatniej kropelki i jeszcze będzie łaknąć: amplius, amplius! – Więcej, więcej! Sursum corda! W górę serca, wyżej, jeszcze wyżej!

Bóg jest przeciwnikiem naszego minimalnego programu, który niekiedy sobie zakreślimy, mówiąc: masz mnie całego i czego chcesz więcej? Tymczasem On powiada: chcę ciebie jeszcze większego, jeszcze wspanialszego. Wymawiamy się powtarzając: nie mogę już więcej!
– Jak to nie możesz? Wszak wszystko możesz w Tym, który cię umacnia! – Ale jestem słaby, nieudolny. – To nic! W przeciwnościach, w cierpieniu, w słabościach moc doskonalszą się staje. Miłość doświadczana, ta dopiero się liczy! – W męce i doświadczeniu dopiero się ją poznaje.

Bóg stworzył nas z miłości i obdarzył po królewsku, jak istne królewiątka, dzieci Wielkiego, Niebieskiego Króla. Cały wszechświat i jego nieskończone piękno
– dla nas! Cała miłość Boża i ludzka – nasza! A jednak nie poznaliśmy się na Jego miłości! Dopiero, gdy Ojciec Syna nam dał, gdy położył Go w żłobie, na sianie, między bydlętami, gdy Syn Boży stał się bezbronnym Dziecięciem, gdy zakwilił, zapłakał, a potem wyciągnął ręce na krzyżu, poznaliśmy, jak Bóg umiłował świat. Dopiero wtedy otworzyły się nam oczy na Jego miłość!

– "Czyjeż to ręce, Panie,
tak Cię wrzuciły w siano
Jak trawy źdźbło– jak polny kwiat?
Czyjaż posiała Cię ręka
– Samotne pszeniczne Ziarenko –
w piaszczysty wydmuch – w oschły świat?

– W ziemię cisnęła mnie Miłość – ...

– Czyjeż to ręce, Boże,
śmiały Cię tak położyć
w stajni dla bydląt, w bydlęcy żłób?
Kto Ci tak rączki i nóżki
ciasno skrępował pieluszką?
Któż Bożą chwałę tak zmroczyć mógł?

– Miłość mnie wzięła w niewolę
na dolę i niedolę...
– Miłość to mocny, bezwzględny Pan!...




– O, biedny, ślepy człowiecze!...
Dla ciebie stałem się Sianem,
by twoje przewiązać rany – –
– Miłość – to Bóg? – Miłość to jestem Ja!...


[S. Nulla]



Tak, dopiero wtedy, w żłobie, na sianie, w poniżeniu i opuszczeniu Syna Człowieczego poznaliśmy się na Jego miłości. Zrozumieliśmy, że miłość to Bóg, że Bóg jest Miłością, że nas aż tak umiłował...!

A czyż Bóg nie ma prawa próbować naszej miłości? I żądać więcej, więcej?... Trudno przeciwko ościeniowi wierzgać. Bóg pragnie jeszcze większej miłości. Bóg pragnie wypić nas całkowicie, bo wyszliśmy z Jego łona i na Jego łono wracamy. Tak jak zapowiedział Chrystus
– mamy być jedno z Nim. Jak kropelka wody wpada do pełnego dzbana i w jego pełności się rozpływa, tak człowiek z całym swym bytem wpada w istność Ojca i tam trwa. Nie zatraca własnej osobowości, ale jest całkowicie Bogiem przeniknięty.

Oto widzimy, jak trudno jest miłować, a zarazem
– jak warto jest miłować! Coraz więcej, coraz więcej, wśród cierpień i przeciwności, w ogniu prób i doświadczeń – miłować.

I pamiętajmy, Bóg będzie ciągle podnosił swoje wymagania.
– Do jakich granic? – pytamy. Kiedy się to wszystko skończy? Bez granic i nigdy się nie skończy! Jesteśmy dziećmi Wieczności. Urodzeni z Boga, który nie umiera, trwamy na wieki.

Tego nas uczy betlejemski żłób! Ale pojąć to możemy tylko w sercu niezgłębionego milczenia...

– Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski




Dzieciątko w sanockiej farze


Opowieść wigilijna (1)




Post opublikowany pierwotnie w Salonie 24 [25-12-2009]:















W Betlejem, ziemi chleba

"Betlejem" oznacza krainę chleba. Dlatego, gdy Najświętsza z Matek, nosząca w sobie Boga-Człowieka, miała wydać na świat Owoc żywota swojego na pokarm rodziny ludzkiej, szukała żyznego miejsca i trafiła do Betlejem. Każdy chleb wyrasta z ziemi. Chleb Żywota złożono również na ziemi, w "krainieChleba", bo nie było dla Niego miejsca w gospodzie. Miał wydać owoc stokrotny, ale musiał przedtem zapuścić korzenie. Gdyby leżał w kołysce, nie mógłby obrodzić, bo nie miałby w co zapuścić korzeni. Potrzebna Mu była ziemia.

Maryja jest "Ziemią kapłańską" i najlepiej to zrozumiała. Dlatego, gdy miała z siebie wydać Owoc, wrzuciła Go w ziemię... Słowo Ciałem się stało nie w dalekich przestworzach, ale na bliskiej człowiekowi, pachnącej ziemi. Miało się w nią wszczepić i z niej czerpać soki, niezbędne do wykształtowania ziarna. Tym ziarnem jest Mistyczne Ciało Chrystusa. Ziemia, Betlejem, "kraina Chleba", była najgościnniejszym miejscem, gdzie spokojnie mógł spocząć Bóg-Człowiek, Pokarm wszystkich głodnych ust aż do skończenia świata.

Ziemię uprawia się nawozem, wtedy owocuje ona obficiej. Słowo przedwieczne, owoc żywota Maryi, spoczęło w stajni, na ziemi dobrze wynawożonej...

W stajni jest pokarm. Przychodzą zwierzęta do żłobu, aby jeść. Dlatego koleba, misa, w której spoczęło Słowo Przedwieczne, Chleb Żywota, było otoczone głodnymi stworzeniami. Patrzyły one głodnymi oczyma w żłób, z którego zwykle jadały, z wielką ciekawością i nadzieją. Tym razem był w nim złożony szczególny Pokarm. Zwierzęta były zaniepokojone, zadziwione - rzec można - zaskoczone. Cóż to za pokarm...? A jednak po to był w żłobie Syn Boży, aby wszystkim powiedzieć, że jest prawdziwym Pokarmem.

Wszyscy biorący udział w tajemnicy Bożego Narodzenia, zasiedli na ziemi. Matka Boga oparła się pokorniuchno swoimi kolanami o ziemię, aby bez żadnej przeszkody, bezpośrednio, Owoc jej żywota wpadł w ziemię jak ziarno pszeniczne i spoczął na niej. A gdy to się stało, najpierw na ziemi oglądano Chleb Żywy, Słowo, które Ciałem się stało i zamieszkało między nami. Pochylił się więc do ziemi Józef, chcąc Je lepiej zobaczyć i adorować. Zwierzęta, o których kolęda śpiewa "bydlęta klękają", dostrzegłszy szczególne zjawisko, uklękły, aby zobaczyć na ziemi prawdziwy Pokarm, Chleb Żywy...

Wszyscy posiadali i poklękali w niemej adoracji, odpowiadającej Tajemnicy, która się działa. Wyczuwali, że trzeba się głęboko pochylić do ziemi, bo Słowo Przedwieczne zstąpiło z wysoka, z łona Ojcowego, aby zniżyć się aż do ziemi. Syn Boży tak się upokorzył i do nas przybliżył, aby każdy człowiek mógł Go bez wysiłku i trudu dotknąć, wziąć na ręce, zebrać z ziemi jak ziarno i wszczepić w nie głodne, spragnione Chleba Żywego - usta.

Gdy ongiś Izrael wołał o pokarm, manna padała z nieba na ziemię. Wszystko, co na świecie służy jako pokarm, wyrasta z ziemi. Owoce, zboże i wszelkie trawy wyrastają z ziemi. Ona jest matką. Ogarnia przedziwnie wszystkie głodne dzieci. Otwiera im swoje piersi, aby mogły dotknąć ustami tajemnicy żyznej matki.

Na matce - ziemi spoczęła Matka Boga-Człowieka - Maryja. Złożyła Dzieciątko na ziemi, aby człowiek wiedział, że "humanis divina iunguntur" - "Boże jednoczy się z ludzkim" (Exsultet); aby zrozumiał, "że nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych" (Mt 4,4). To Słowo staje się Ciałem i mieszka między nami. To co jest z Boga, co jest z Bożego, spoczywa na ziemi, z której także jest zboże. Ale do pełni życia samo zboże nie wystarcza. Musi być coś z Bożego, aby człowiek karmiony zbożem, mógł wyżywić nie tylko ciało, ale i duszę swoją, na żywot wieczny. Dlatego Bóg stał się Człowiekiem, Słowo stało się Ciałem i padło w ziemię w krainie chleba, na Pokarm dla wyżywienia wszystkich pokoleń ludzkich.

W dniu oczekiwania na Boże Narodzenie trzeba się pochylić do samej ziemi i dotknąć jej z miłością, bo sam Chrystus przyszedł na ziemię i spoczął na niej. Trzeba się uniżyć, spokornieć, stać się jako dziecię, które na swych maluczkich nóżkach nie wyrasta wiele ponad ziemię i dlatego bawi się zazwyczaj - na ziemi. Trzeba się niziuchno pochylić, aby dotknąć Chrystusa, który spoczywa w stajni, na ziemi i na nawozie. Dotknąć Go chcemy całą duszą - wyniosłą zazwyczaj myślą naszą, nienasyconym sercem, słabą czy silną wolą - a także ciałem swoim, żywionym zbożem z Bożej ziemi.

Oto tajemnica Betlejem, ziemi Chleba, gdzie objawił się najwspanialszy Pokarm, który z nieba zstąpił. Przyszedł On do nas przez żyzne łono Matki Bożej: "Błogosławione łono, które Cię nosiło i piersi, któreś ssał" (Łk 11, 27). Z Niej wyrosło nowe Pożywienie rodziny ludzkiej, "Verum Corpus natum de Maria Virgine" - "Prawdziwe Ciało, zrodzone z Maryi dziewicy". Prawdziwe i realne Ciało ludzkie Boga-Człowieka, które odtąd będzie karmić Jego Mistyczne Ciało.

Każdy człowiek, żywiony Bożym Ciałem, będzie rozrastać się w Wielkiego Mistycznego Chrystusa - w Kościół święty, który także jest na ziemi i dla uświęcenia ziemi, a wcielony w dzieje rodziny ludzkiej prowadzi ją na łono Ojca niebieskiego. Jego zadaniem jest wziąć z ziemi to, co Boże, wszystkie dzieci Boże i prowadzić je do Ojca. Bóg-Człowiek po to zstąpił z łona Ojca na ziemię, aby w swoim Kościele wyżywić, odkarmić wszystkich ludzi i doprowadzić ich do Ojca. On mieszka na wysokościach i czeka tam na nas. A teraz patrzy, jak sobie pokornie i cicho siedzimy na ziemi, śpiewając kolędy. Jesteśmy "synami Ewy" i tak, jak nasza matka, siedzimy na ziemi. Gdy wieśniaczki karmią swoje dzieci najchętniej siadają nie na ławce, lecz na ziemi. Łatwiej im w ten sposób utrzymać niemowlę. My także siedzimy na ziemi, jak pasterze w Betlejem, czekając na Słowo, które Ciałem się staje...



Uchylamy zasłonę pieluszek, patrzymy w żłób, mocno osadzony na ziemi. To istne tabernakulum, gdzie Jezus, owinięty w pieluszki korporałów, spoczywa do dziś dnia... Marmur twardy, żłób kamienny, na tym depozyt zbawienny spoczywa łożu" (Kolęda). Gdyotworzymy tabernakulum dziś, po dwudziestu wiekach, niemal nie dostrzegamy różnicy. Betlejem trwa do dziś dnia... A żłóbek - na każdym ołtarzu.

Od "Chleba Żywego" z Betlejem, krainy chleba, do Chleba Eucharystycznego już tylko jeden krok! Ołtarz żłóbka i ołtarz tabernakulum, to dwie całkowicie zależne od siebie sprawy. Wcielenie ma swój dalszy ciąg w Bożym Ciele. Wcielenie jest dla Bożego Ciała. Bóg jest pożywny jak chleb...

W żłóbek betlejemski patrzy cały świat. Prawdziwie, Dobry Ojciec wie, czego pilno potrzebujemy - "co byśmy jedli i co byśmy pili..." Dlatego wrzucił Syna w ziemię, jak ziarno i ułożył Go w żłobie, aby człowiek patrzący w żłób, dostrzegł miłość Boga i Jego karmiącą Opatrzność.

Jak w żłobie widzę Boga, który stał się Chlebem Żywym, tak muszę Go dostrzec w każdym kawałku chleba, a także na dnie miski i na dnie łyżki. Muszę tylko patrzeć na wszystko oczyma dziecka Bożego, które wszędzie widzi uprzedzającą miłość Bożą.

Za chwilę pójdziemy do naszych domów. Usiądziemy na twardych ławkach, krzesłach, może fotelach. Będziemy jeść różne dziwne potrawy, nazywając je "wigilią". Ale zaczynamy od pożywienia się przy ołtarzu, gdzie jest "Bóg żywy, choć zakryty, lecz prawdziwy". Leżał On na ziemi, sypiał, spoczywał i chodził po ziemi, żywił się z niej, aby całą ziemię i napełnienie jej - wszystkich ludzi, którzy żyją na ziemi - oddać Ojcu, karmiąc ich Sobą na żywot wieczny.

Jak łan pszeniczny, który wyrasta z ziemi i podnosi swoje kłosy, napełnione pożywieniem, tak i my teraz podniesiemy się z ziemi i pójdziemy do stołów wigilijnych, do rodzinnych radości, choinek i kolęd, pożywieni Chlebem, który zstąpił z nieba - na ziemię i dał się zjeść, bo aż tak umiłował świat...!

A jeśli komuś "zapodziało się kędyś Betlejem, kędyś mu z oczu znikło", to - "odszukamy cię na nowo Miasto Miłości, Domie Żywego Chleba..." (S. Nulla)
Jeżeli miłość wygląda tak: ziemia, żłób, chleb - a wszystko po to, aby karmić - to może i ja powinienem "dać się zjeść"...? Stać się chlebem dla innych! A przecież chleb musi być smaczny i pożywny. Nie może być kwaśny jak ocet, ostry jak szpilki, suchy jak wiór! Ma żywić, nie napychać i kłuć. - Tymczasem ja nie potrafię przeżyć dnia, aby kogoś nie ukłuć, nie "skwasić", nie dotknąć, jeśli nie językiem to przynajmniej myślą. A tu trzeba stać się chlebem! I to pożywnym! Czego Ty ode mnie wymagasz, Boże? A jednak - wymagasz! Chociaż nic nie mówisz, wystarczy, że leżysz w żłobie, w Betlejem - ziemi chleba... I kwilisz... Żadne słowa nie przekonały mnie bardziej, niż właśnie to...

Gdy dzisiaj, za chwilę, wezmę opłatek wigilijny do ręki, aby podzielić się nim z najbliższymi, pomyślę, że odtąd pragnę dzielić się z nimi sobą - jak chlebem.



-- Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski






"Panie, dobry jak chleb"

słowa: ks. bp Józef Zawitkowski

Panie dobry jak chleb,
bądź uwielbiony od swego Kościoła,
bo Tyś do końca nas umiłował,
do końca nas umiłował.

Tyś na pustkowiu chleb rozmnożył, Panie,
byśmy do nieba w drodze nie ustali.
Tyś stał się Manną wędrowców przez ziemię,
dla tych, co dotąd przy Tobie wytrwali.


Panie dobry jak chleb, (...)
Ziarna zbierzemy, odrzucimy chwasty,
bo łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem.
Niech ziemia nasza stanie się ołtarzem,
a chleb komunią dla spragnionych Ciebie.


Panie dobry jak chleb, (...)

Ty nas nazwałeś swymi przyjaciółmi,
jeśli spełnimy, co nam przykazałeś.
Cóż my bez Ciebie, Panie, uczynimy?
Tyś naszym Życiem i Oczekiwaniem.

Panie dobry jak chleb, (...)

Tyś za nas życie Swe na krzyżu oddał,
a w znaku Chleba z nami pozostałeś
i dla nas zawsze masz otwarte Serce,
bo Ty do końca nas umiłowałeś.


Panie dobry jak chleb, (...)



"Pokłon pasterzy"

Z każdym, kto zagości w mym progu...