Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzym. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 marca 2011

"Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (św. Paweł Ap.)

Nawrócenie Apostoła Pawła

Bojownik i cierpiący

Przy wejściu do bazyliki św. piotra papież Pius IX w zeszłym stuleciu wystawił dwie potężne figury Apostołów Piotra i Pawła; dadzą się łatwo rozpoznać po ich atrybutach: klucze w ręce Piotra i miecz w rękach Pawła. Kto nie znałby historii chrześcijaństwa, mógłby przypuszczać, że za tą silną postacią Apostoła Narodów kryje się jakiś wielki wódz albo wojownik, który mieczem tworzył historię i podbijał narody. W ten sposób byłby jednym z wielu, którzy kosztem krwi drugich tworzyli sobie chwałę i bogactwo. Chrześcijanin wie, iż miecz w rękach tego człowieka ma znaczenie przeciwne: miecz jest narzędziem jego zgładzenia. Jako rzymski obywatel nie mógł być ukrzyżowany jak Piotr; został więc ścięty mieczem. Aczkolwiek uważano to wówczas za szlachetny sposób wykonania kary śmierci, to jednak Paweł w historii świata należy do ofiar przemocy, a nie do jej sprawców.

Kto wgłębi się w listy Pawłowe, aby w nich znaleźć coś na kształt ukrytej autobiografii, ten wkrótce rozpozna, że atrybut miecza jako narzędzia męki, nie odnosi się tylko do ostatnich chwil w życiu św. Pawła; miecz można słusznie uważać za atrybut całego jego życia: "W dobrych zawodach wystąpiłem" - pisze w obliczu śmierci do swego umiłowanego ucznia Tymoteusza (2 Tm 4,7), patrząc wstecz na drogę swego życia. Takie słowa dają podstawę, aby Pawła chętnie przedstawiać jako bojownika, jako człowieka czynu, ba, jako naturę gwałtowną... Powierzchowne spojrzenie na jego życie usprawiedliwia poniekąd taki pogląd: w czterech wielkich podróżach przebył znaczną część ówczesnego świata i stał się rzeczywiście nauczycielem narodów, którym zaniósł Ewangelię Jezusa Chrystusa "aż po krańce ziemi". Przez swoje listy trzymał w jedności założone wspólnoty, pchał naprzód ich budowanie i umacniał ich stan. Z właściwym sobie temperamentem rozprawiał się ze swymi przeciwnikami, których nigdy nie brakowało. Używał wszystkich dostępnych środków, aby w miarę możliwości najlepiej zadośćuczynić ciążącemu na nim "obowiązkowi głoszenia Ewangelii" (1 Kor 9,16). Tak więc jest przedstawiany wciąż jako wielki "aktywista", jako patron tych, co wynajdują nowe strategie duszpasterstwa i misji.

To wszystko nie jest fałszywe, ale to nie jest cały Paweł; kto go widzi tylko tak, nie dostrzega istoty jego osoby. Najpierw musimy stwierdzić, że walka św. Pawła nie była walką karierowicza, jakiegoś człowieka żądnego władzy, panowania czy podbojów. To była walka tego typu, jaką opisuje Teresa z Avila. Komentując swoje zdanie: "Bóg chce i kocha dusze odważne", powiada: "Pierwszą rzeczą, którą Pan sprawia swoim przyjaciołom, gdy stają się słabi, jest to, że udziela im odwagi i zabiera strach przed cierpieniem". Przypomina mi się w tym kontekście pewne - na pewno jednostronne i także trochę niesprawiedliwe - spostrzeżenie Teodora Haeckera, które zanotował w czasie wojny w swoich dziennikach; w kazdym razie, jego słowa mogą nam pomóc zrozumieć, o co tutaj chodzi. Zdanie, które mam na myśli, brzmi: "Czasami wydaje mi się, jakby Watykan całkowicie zapomniał, iż Piotr był nie tylko biskupem Rzymu... lecz także męczennikiem". Walka św. Pawła była od początku walką męczennika. Na początku swej drogi należał do prześladowców i używał przemocy przeciwko chrześcijanom. Od chwili swego nawrócenia przeszedł na stronę Chrystusa ukrzyżowanego i sam wybrał drogę Jezusa Chrystusa. Dyplomatą to on nie był; gdzie próbował robić coś dyplomatycznie, tam skutki były marne. Był człowiekiem, który nie miał innej broni niż Ewangelia Jezusa Chrystusa i poświęcenie własnego życia dla tej Ewangelii. Już w Liście do Filipian mówi o tym, że jego życie, jego krew "ma być wylana przy ofiarniczej posłudze" (2,17); w ostatnim słowie do Tymoteusza powróci jeszcze raz to sformułowanie: "Albowiem krew moja już ma być wylana na ofiarę" (2 Tm 4,6). Paweł był człowiekiem gotowym odnosić rany - i to była jego właściwa moc. Nigdy się nie oszczędzał, nigdy nie próbował unikać kłopotów i nieprzyjemności, a juz w ogóle nigdy przez myśl by mu nie przeszło, aby urzadzać sobie piękny żywot.

Wprost przeciwnie: właśnie to, że się sam ofiarował, że się nie oszczędzał, że dla Ewangelii poświęcił się całkowicie i dał się obić, przysporzyło mu wiarygodności i przyczyniło się do budowy Kościoła: "Ja zaś bardzo chętnie poniosę wydatki i nawet siebie samego wydam za dusze wasze" (2 Kor 12,15). Te słowa odkrywają, najgłębszą istotę człowieka. Paweł nie sądził bynajmniej, że głównym zadaniem duszpasterstwa jest unikanie kłopotów, nie myślał też, że apostoł musi mieć przede wszystkim dobre notowania w prasie. Nie, on chciał potrząsać, budzić ze snu sumienia - jeżeli nawet trzeba by było zapłacić za to życiem. Z jego listów wiemy, że nie był wcale wielkim mówcą. Również Mojżeszowi i Jeremiaszowi brakowało talentu krasomówczego; obaj więc wymawiali się przed Bogiem, iż te braki czynią ich niezdatnymi dla przewidzianej misji. "Gdy się zjawia osobiście, słaby jest, a jego mowa nic nie znaczy" (2 Kor 10,10) - obgadywali go przeciwnicy. O początkach swej misji w Galacji opowiada nam: "Wiecie przecież, jak pierwszy raz głosiłem wam Ewangelię zatrzymany chorobą" (Ga 4,13). Paweł oddziaływał nie dzięki wspaniałej retoryce czy wyrafinowanym strategiom, lecz dzięki całkowitemu poświęceniu się Ewangelii Jezusa i zaangażowaniu w nią. Również dzisiaj Kościół na tyle potrafi przekonać ludzi, na ile jego głosiciele gotowi będą na przyjęcie ran. Gdzie brakuje gotowości do cierpienia, nie ma też istotnej próby prawdy, na którą zdany jest Kościół. Jego walka może być zawsze tylko walką tych, co gotowi są przelać własną krew: walką męczenników.

Ten miecz w rękach św. Pawła - oprócz narzędzia męczeńskiego - może mieć oczywiście także jeszcze inne znaczenie. Miecz w Piśmie Świętym symbolizuje również słowo Boże, które jest "skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca" (Hbr 4,12). Ten mecz dzierżył Paweł; tym mieczem podbijał ludzi. Miecz symbolizuje tutaj - koniec końców - po prostu siłę prawdy; ta siła jest swoistego rodzaju. Prawda bowiem może zadać ból, może zranić - i to jest jej natura miecza. Ponieważ życie w fałszu albo życie poza granicami prawdy często wydaje się bardziej wygodne niż prawo do prawdy, przeto ludzie złoszczą się na prawdę, chcą ją stłamsić czy zejść jej z drogi. Któż z nas mógłby zaprzeczyć, że jeszcze nigdy prawda mu nie przeszkadzała - prawda o sobie samym, prawda o tym, co powinniśmy czynić czy czego zaniechać? Któż z nas może utrzymywać, że nigdy nie próbował naginać prawdy do siebie albo przynajmniej trochę ją "przykroić", aby nie była tak bolesna? Paweł był niewygodny, bo był człowiekiem prawdy; kto oddaje się całkowicie prawdzie i nie chce mieć innej broni, ale też innego zadania niż prawda, ten wprawdzie nie musi być koniecznie zaraz zabity, ale będzie się posuwał coraz bliżej w stronę męczeństwa: będzie cierpiał, stanie się cierpiący. Głosić prawdę - nie będąc przy tym heretykiem czy faryzeuszem - oto wielkie zadanie.

Paweł wygląda w niektórych sporach na trochę zgorzkniałego, trochę fanatycznie upartego. Fanatykiem jednak na pewno nie był: teksty pełne dobroci, jakie znajdujemy we wszystkich jego listach (a najpiękniejsze są chyba w Liście do Filipian), są właściwym znamieniem jego charakteru. Potrafił być wolny od fanatyzmu, bo przecież nie przemawiał w swoim interesie, lecz niósł do ludzi dar Kogoś innego: prawdę o Chrystusie, który za nią umarł i aż do śmierci pozostał Tym, który miłuje. Myślę, że i w tym punkcie musimy trochę skorygować nasz obraz Pawła. Zbyt nam siedzą w uszach jego teksty "bojowe". Tutaj dzieje się coś podobnego jak z Mojżeszem: przed nami staje zawsze jako ten "rogaty", spiżowy, zagniewany. A przecież Księga Liczb powiada o nim, że "był człowiekiem bardzo skromnym, najskromniejszym ze wszystkich ludzi, jacy żyli na ziemi" (12,13). Kto przeczyta całego Pawła, odkryje też Pawła łagodnego. Powiedzieliśmy wcześniej, że jego sukces zależał od jego gotowości do cierpienia. Teraz trzeba dodać: cierpienie i prawda tworzą całość. Paweł był zwalczany, bo był człowiekiem prawdy. Tajemnica tego, że z jego słów i z życia wyrosło coś trwałego, leży w tym, że służył prawdzie i z powodu niej cierpiał. Cierpienie jest koniecznym uwiarygodnieniem prawdy, ale tylko prawda nadaje sens cierpieniu.

Przy wejściu do bazyliki św. Piotra stoją figury obu Apostołów: Piotra i Pawła. Również w głównym portalu bazyliki św. Pawła za Murami są obaj złączeni, przedstawieni w scenach ich życia i cierpienia. Tradycja chrześcijańska od początku widziała razem nierozłącznie Piotra i Pawła: obaj przedstawiają całą Ewangelię. W Rzymie to złączenie obu w "braci w wierze" otrzymało jeszcze jedną specyficzną wymowę. Chrześcijanie Rzymu zobaczyli w nich przeciwieństwo mitycznej pary braci Romulusa i Romusa, którym przypisuje się założenie Rzymu. Ci dwaj mężowie są jakąś osobliwą paralelą pierwszej pary braci w historii biblijnej: Kaina i Abla, z których jeden stanie się mordercą drugiego. Słowo "braterskość" od strony czysto ludzkiej otrzymało tutaj gorzki smak. Jak to braterstwo może wyglądać między ludźmi, przedstawiają religie w podobnych parach braci. Piotr i Paweł, z punktu widzenia ludzkiego tak różniący się między sobą i naprawdę nie wolni od konfliktów, jawią się nam jako założyciele nowego miasta, jako wcielenie nowego i prawdziwego braterstwa, które możliwe stało się tylko dzięki Ewangelii Jezusa Chrystusa. Świat ratuje nie miecz zdobywców, lecz miecz cierpiących. Tylko naśladowanie Chrystusa prowadzi do braterstwa, do nowego miasta: to mówi nam para braci z obu wielkich bazylik Rzymu.

-- Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", 1996 r., s. 20-24


Św. Paweł Ap. przed bazyliką św. Piotra w Watykanie. Współrzędne GPS 41° 54' 08'' N x 12° 27' 18'' E   [foto: Flickr/Marco]



Św. Paweł Ap. przed głównym wejściem do bazyliki św. Pawła za Murami (San Paolo fuori le Mura) w Rzymie, przy Via Ostiense. Współrzędne GPS: 41° 51' 31'' N x 12° 28' 39'' E   [foto: Flickr/McLinus]



 
"Nawrócenie Pawła" (Caravaggio, 1601 r., 230 x 175 cm, Rzym, kościół Santa Maria del Popolo). Współrzędne GPS 41° 54' 41'' N x 12° 28' 35'' E  [foto: Flickr/HEN-Magonza]:

-"Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciw ościeniowi... podnieś się i stań na nogi" (Dz 26, 14.16)
- "Co mam czynić, Panie?"
(...)
-"Pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia" (Dz 9,16)



Święci Apostołowie Piotr i Paweł w przyjacielskich objęciach - relief na zachodniej pierzei Via Ostiense (współrzędne GPS 41° 51' 50'' N x 12° 28' 42'' E), nieco ponad 500 m na północ od bazyliki św. Pawła za Murami  [foto: Panoramio/sherpes] 





Rozmyślania Josepha Kardynała Ratzingera "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[3]  ""Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (św. Paweł Ap.)" - 25-01-2011

Bożonarodzeniowe zamyślenia (2)

Boże Narodzenie

"Przesłanie z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie"

Ilekroć, uciekając z hałaśliwych ulic Rzymu, przekraczam próg bazyliki Santa Maria Maggiore, przypomina mi się zaproszenie psalmisty: "Zatrzymajcie się i zobaczcie" (Ps 46,11). Jeżeli akurat w lecie nie kotłują się w kościele tłumy turystów, sam kościół czyniąc (upodabniając do) niejako ulicą, to z tajemniczego mroku jego wnętrza wyziera zaproszenie do wyciszenia się, do skupienia i oglądania, które jakby automatycznie odcina od rozgwaru dnia powszedniego. Czuje się wówczas, jakby modlitwy stuleci pozostały tu obecne, aby nas w tym momencie wziąć ze sobą w drogę. Gdy poddamy się teraz rytmowi tego domu Bożego i jego przesłaniu, wyzwolą się najbardziej ciche obszary duszy, które normalnie zagłuszone są przez wir trosk codziennych.

Cóż to jednak za przesłanie? Kto tak formułuje pytanie, temu już zagraża niebezpieczeństwo, iż uchyli się od szczególnego wyzwania, jakie mógłby usłyszeć w tej przestrzeni. Nie można swojej wypowiedzi zamknąć w szybko przywołanym haśle encyklopedycznym. Do tej wypowiedzi potrzeba wyjścia z ognia krzyżowego badań, potrzeba zatrzymania się, w którym obudzi się słuch i wzrok serca, potrzeba zatrzymania się, które wychodzi poza tę sferę, gdzie zbyt szybko chwytamy, a jeszcze szybciej porzucamy. Tak więc chciałbym was teraz - zamiast podawania odpowiedzi w formułkach i określeniach - zaprosić do tego, abyście razem ze mną obejrzeli dwa obrazy w tym kościele, a zatrzymując się przed nimi, wsłuchajcie się w ich mowę, którą mogę tylko w niedostateczny sposób przełożyć na słowa.

Jest tu coś osobliwego: ten kościół jest kościołem Bożego Narodzenia. Jako budowla chce nam przynieść owo zaproszenie anioła, skierowane do pasterzy. "Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan" (Łk 2,10n.). Równocześnie ten dom Boży chce nas poderwać do odpowiedzi pasterzy: "Pójdźmy i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił" (Łk 2,15). Tak więc oczekiwałoby się, iż obraz świętej nocy stanowić będzie centrum tego wnętrza i jego dróg. Rzeczywiście tak jest, a jednak jest również nie tak.

Mozaiki na obu ścianach nawy podłużnej kościoła przedstawiają - można powiedzieć - całą historię w formie procesji ludzkości do Zbawiciela. W środku ponad łukiem triumfalnym, u celu drogi, gdzie powinno być przedstawione Narodzenie Chrystusa, widzimy zamiast tego tylko pusty tron, a na nim koronę, płaszcz królewski i krzyż; u podnóżka leży - niczym jakaś poduszka - tobołek historii związany siedmioma czerwonymi wstążeczkami. Pusty tron, krzyż i u jego stóp historia - to bożonarodzeniowy obraz tego kościoła, który chciał i chce być Betlejem Rzymu. Właściwie dlaczego? Chcąc zrozumieć wymowę tego obrazu, musimy najpierw pamiętać, iż łuk triumfalny stoi nad kryptą, zbudowaną niegdyś jako kopia groty betlejemskiej, w której przyszedł na świat Chrystus. Tutaj do dziś czci się też relikwię, która według tradycji jest żłobem z Betlejem. W ten sposób bezpośrednio procesja historii, cała ta wspaniałość mozaik zostaje skierowana do jaskini, do stajni; obrazy spadają w rzeczywistość. Tron jest pusty, bo Pan zstąpił do stajni. Centralna mozaika, na której to wszystko się dzieje, jest zarazem tylko dłonią, wyciągniętą dla nas, abyśmy potrafili skoczyć z obrazów w rzeczywistość. Rytm tej przestrzeni porywa nas bowiem w jakis nagły przeskok, kiedy z okazałego świata naiwspanialszej antycznej sztuki, jaką są mozaiki, zostajemy bezpośrednio zepchnięci w przepaść jaskini, stajni. To jest przejście od religijnej estetyki do aktu wiary, do której chce nas ono podprowadzić.

Zatrzymanie i wyciszenie się w tej budowli stuleci, wzruszenie płynące z oglądania jej piękna i wielkości, pełne wyczucia ocieranie się o to, co wielkie, co inne, co wieczne - to pierwsza rzecz, której doświadczamy w spotkaniu z tym kościołem; a to coś wielkiego i szlachetnego, czego nam właśnie dzisiaj szczególnie potrzeba. Ale to nie wszystko. Jeżeli nie zdobędziemy się na następny krok - na "tak"wiary - to te pierwsze wrażenia pozostaną tylko pięknym snem, przemijającym uczuciem bez zobowiązania, a więc również bez mocy. Dopiero przy kroku wiary będą jasne następne sprawy: grota nie jest pusta. Jej właściwym wypełnieniem nie są relikwie żłobu betlejemskiego. Jej właściwym wypełnieniem jest msza Narodzenia Pańskiego o północy ("pasterka"). Dopiero wówczas następuje ostateczne przejście do rzeczywistości. Dopiero wówczas dotarliśmy do obrazu Bożego Narodzenia, który już nie jest obrazem. Tylko wówczas, gdy przesłanie przestrzeni doprowadzi nas aż dotąd, usłyszymy na nowo: d z i śnarodził się Zbawiciel. Tak, naprawdę dziś!

Z tymi myślami możemy teraz skierować się ku następnemu obrazowi w Santa Maria Maggiore, który chciałbym wam krótko przedstawić. Chodzi o prastary obraz maryjny, jaki - pod imieniem "Salus populi Romani" - przechowywany jest w kaplicy Borghesów. Aby zrozumieć jego mowę do odwiedzających, do nas, musimy jeszcze raz przypomnieć sobie podstawową wymowę tego koscioła. Powiedzieliśmy, że jest to kościół Bożonarodzeniowy, wzniesiony jak skorupa wokół stajni z Betlejem; tę stajnię z jednej strony rozumiemy jako obraz świata i Kościoła Bożego, z drugiej strony równocześnie żąda ona od nas przekraczania wszystkich obrazów i wszystkich rzeczy czysto estetycznych.

Mógłby jednak ktoś teraz zarzucić, iż nie jest to kościół Bożonarodzeniowy, a więc kościół poświęcony Chrystusowi, lecz kościół Maryjny, pierwszy kościół w Rzymie, i w ogóle na Zachodzie, poświęcony Maryi. Takie przeciwstawienie dowodziłoby jednakże, iż ten, kto stawia w ten sposób kwestię, nie zrozumiał dokładnie niczego z istoty tak pobożności maryjnej, jak i tajemnicy Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie ma znaczenie szczególnego rodzaju w wewnetrznej strukturze wiary chrześcijańskiej. My nie obchodzimy tego święta tak, jak się wspomina urodziny wielkich mężów, bo również nasz stosunek do Chrystusa różni się bardzo od czci, jaką oddajemy wielkim mężom. Co jest interesującego w nich, to ich dzieło: idee, które wymyślili i zapisali, dzieła sztuki, które stworzyli, i urządzenia, które zostawili! To dzieło należy do nich, a nie do ich matek, które o tyle tylko nas interesują, o ile może od nich przyjść jakiś element wyjaśnienia dzieła.

Ale Chrystus liczy się dla nas nie tylko ze względu na jego dzieło, ze względu na to, co uczynił, lecz przede wszystkim ze względu na to, kim był i kim jest w całości swojej osoby. On liczy się inaczej niż każdy inny człowiek, ponieważ jest On nie tylko człowiekiem. On liczy się, ponieważ w Nim stykają się ziemia z niebem i w ten sposób w Nim możemy dotknąć Boga jako człowieka. Ojcowie Kościoła nazywali Maryję ziemią świętą, z której został On uformowany jako człowiek. I jest czymś cudownym, ze Bóg w Chrystusie na zawsze pozostanie związany z ziemią. Augustyn tę samą myśl wyraził tak: Chrystus nie chciał żadnego ludzkiego ojca, aby było widoczne Jego synostwo Boskie; chciał jednak człowieczą matkę:  "Rodzaj męski postanowił On przyjąć na siebie, zaś rodzaj żeński zechciał uczcić przez swą Matkę... Gdyby Chrystus jako mężczyzna zjawił się bez uszanowania rodzaju żeńskiego, to musiałyby kobiety zwątpić w siebie... On jednak zaszczycił oba rodzaje, oba uszanował, oba przyjął na siebie. Z niewiasty został zrodzony. Nie wątpcie w siebie mężczyźni: będąc mężczyzną, Chrystus poczytywał to sobie za zaszczyt. Nie wątpcie w siebie, kobiety: będąc zrodzony z Niewiasty, Chrystus poczytywał to sobie za zaszczyt. Do zbawczego działania włączają się więc oba rodzaje: męski i żeński - w wierze nie istnieje ani mężczyzna, ani kobieta".

Wyraźmy to jeszcze inaczej: W dramacie zbawienia nie jest tak, że Maryja miałaby jakąś rolę do odegrania, aby potem zejść ze sceny, jak ktoś, kogo występ się skończył. Wcielenie z Niewiasty nie jest rolą, która po krótkim czasie zostałaby "załatwiona"; Wcielenie to wieczne bycie Boga z ziemią, z człowiekiem, z nami, którzy jesteśmy ziemią. Dlatego święto Bożego Narodzenia jest też świętem Maryi i Chrystusa, i stąd prawdziwy kościół Bożonarodzeniowy musi być zarazem kościołem Maryjnym. Z takimi właśnie myślami powinniśmy się wpatrywać w prastary tajemniczy obraz, który rzymianie nazywają "Salus populi Romani". Według tradycji, obraz ten niósł w procesji przez ulice Rzymu Grzegorz Wielki w 590 roku, gdy w mieście szalała dżuma. Po zakończeniu procesji zaraza wygasła, Rzym był znów zdrów. Z tej młodzieńczej i zarazem szacownej postaci, z jej mądrych i dobrych oczu spogląda na nas macierzyńska dobroć Boga: "Ja was chcę pocieszyć tak, jak pociesza własna matka" - mówi Bóg do nas przez proroka Jeremiasza (66,13). Tego matczynego pocieszania Bóg dokonuje widocznie najchętniej przez matkę, przez swoją Matkę - i któż mógłby się temu dziwić? Przed tym obrazem opada z nas cała ta otoczka bezkrytyczności wobec siebie samego; rozluźniają się skurcze naszej pychy, znika strach przed uczuciami i wszystko to, co nam przynosi wewnętrzne choroby. Depresje i zwątpienia rodzą się stąd, iż zachwiał się lub zawalił porządek w uczuciach. Nie widzimy już w świecie tego, co ciepłe, pocieszające, dobre i niosące ratunek; nie widzimy tego wszystkiego, co można zobaczyć tylko sercem. W chłodnym poznaniu, któremu odcięto korzenie, świat staje się zwątpieniem. Dlatego przyjęcie tego obrazu uzdrawia. Zwraca nam ziemię wiary i człowieczeństwa, jeżeli tylko otworzymy się i przyjmiemy jego wewnętrzną wymowę.

Powiedzieliśmy już, że harmonia między łukiem triumfalnym a grotą uczy nas przechodzenia od estetyki do wiary. Przejście do tego obrazu pomoże nam uczynić jeden krok dalej. Pomoże nam wyzwolić wiarę z wysiłków woli i rozumu i umieścić ją w całości naszego bytu. Ofiaruje nam z powrotem nową i większą estetykę: Jeżeli pójdziemy za głosem Zbawiciela, to możemy także na nowo przyjąć język ziemi, który On sam przyjął. Możemy się też otworzyć na bliskość Matki - bez lęku przed fałszywym sentymentalizmem i bez strachu przed mitycznymi mrzonkami. Mitem i chorobą stanie się to wszystko tylko wtedy, gdy wyrwiemy je z wielkiego kontekstu Tajemnicy Chrystusa. Wówczas to wyrwane wraca z powrotem w bałamutnych postaciach ezoteryki, której obietnice są puste i kłamliwe. W obrazie Matki Zbawiciela jawi się prawdziwa pociecha - Bóg jest tak blisko, że można Go dotykać także dzisiaj. Jeżeli przy zatrzymaniu się w tym kościele zauważymy ową pociechę, to weszło w nas przesłanie tej świątyni ze zbawczym i przemieniającym skutkiem.


-- Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", 1996 r.



Rzym, bazylika Santa Maria Maggiore, wczesnośredniowieczne mozaiki z V w. Po środku zwieńczenia łuku tęczowego, medalion z "pustym tronem" (gr. hetoimasia - patrz opis w tekście powyżej). Po obu stronach tronu święci Apostołowie Piotr i Paweł, za nimi święci Ewangeliści (w symbolach - od lewej do prawej): Łukasz, Mateusz, Marek i Jan. Poniżej łaciński napis: "XYSTUS EPISCOPUS PLEBI DEI" ("Biskup Ksystus Ludowi Bożemu") [foto: Flickr/miltonmic].   ►patrz powiększenie detalu



Rzym, bazylika Matki Bożej Większej (Santa Maria Maggiore, współrzędne GPS 41° 53' 52'' N x 12° 29' 53.60'' E), około 350 m na płd.-zach. od dworca centralnego Tirmini. Kaplica Świętego Żłóbka - na pierwszym planie figura papieża Piusa IX. [foto Flickr/Bill in DC]



Relikwiarz Świętego Żłóbka w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore                 [foto: Picasa/Beata, 7-11-2009]


Patronka Rzymu: "Salus populi Romani"  ("Zbawienie Ludu Rzymskiego" - Matka Boża Śnieżna - jedna z najstarszych na świecie ikon, według tradycji namalowana przez św. Łukasza Apostoła) w kaplicy Borghesów bazyliki Santa Maria Maggiore [foto: Picasa/Greg F 31-03-2010]



 
Rzym, bazylika Santa Maria Maggiore, kaplica Borghesów - w centrum wizerunek Matki Bożej Śnieżnej  [foto: Flickr/campagnoli, 17-05-2008]







Rozmyślania Josepha Kardynała Ratzingera "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[2]  "Bożonarodzeniowe zamyślenia (2)" - 14-01-2011

środa, 23 lutego 2011

"Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (Katedra św. Piotra)



Dziś:   22 lutego   (Katedry św. Piotra Apostoła)



Średniowieczny pomnik z brązu św. Piotra Apostoła na tronie (Cathedra Petri), w bazylice św. Piotra w Watykanie [foto: Flickr/Lawrence OP]



Katedra św. Piotra


"Przewodnictwo w miłości".

Ołtarz - katedra św. Piotra w Rzymie

Kto po przemierzeniu potężnej nawy środkowej bazyliki św. Piotra w Rzymie, dotrze w końcu do ostatniego ołtarza w absydzie, zapewne oczekuje jakiegoś triumfalnego przedstawienia św. Piotra, nad którego grobem kościół ten został zbudowany. Ale nic z tego - wśród rzeźb tego ołtarza nie ma w ogóle postaci Apostoła. Stoimy przed pustym tronem, który zdaje się niemal kołysać, choć podtrzymują go cztery figury wielkich Doktorów Kościoła Zachodu i Wschodu. Przytłumione światło, które kładzie się po tronie, spływa z wyżej położonego okna, otoczonego przez rozkołysanych aniołów kierujących strumienie światła dalej na dół.


Co oznacza ta kompozycja? Co chce nam powiedzieć? Wydaje mi się, że ukryte jest tutaj głębokie znaczenie istoty Kościoła i - w tym zawarte - znaczenie Urzędu Piotrowego. Zacznijmy od okna, które przez swoje przyćmione kolory równocześnie skupia do wewnątrz i otwiera na zewnątrz i do góry. Łączy ono Kościół z całością stworzenia; poprzez gołębicę Ducha Świętego wskazuje na Boga jako właściwe źródło wszelkiego światła. Ale mówi ono też coś innego: Kościół w swojej istocie podobny jest do okna, które jest przestrzenią zetknięcia przeciwległej tajemnicy Bożej z naszym światem i które także jest otwarciem świata na blask Jego światła. Kościół nie jest dla siebie, nie jest żadnym końcem, lecz wymarszem poza siebie i poza nas samych. Kościół tym bardziej odpowiada swemu prawdziwemu charakterowi, im bardziej staje się "przepuszczalny" dla Tego, od którego przychodzi i do którego prowadzi. Przez okno wiary Kościoła Bóg schodzi w ten świat i rozbudza tęsknotę za czymś większym. Kościół jest wchodzeniem i wychodzeniem od Boga do nas, od nas do Boga. Jego zadaniem jest otwierać świat zamknięty w sobie, dawać mu światło, bez którego byłby nie zamieszkany.


Przypatrzmy się teraz następnej płaszczyźnie tego ołtarza. Przed oczyma mamy pusta katedrę z pozłacanego brązu, w środku której znajduje się drewniane krzesło z IX wieku, uważane przez długi czas za katedrę Apostoła Piotra i dlatego umieszczone w tym miejscu. W ten sposób uwidacznia się znaczenie tej części ołtarza. Katedra Piotra mówi więcej, niż mógłby powiedzieć jakiś obraz. Wyraża stałą obecność Apostoła, który jako nauczający pozostaje jakoś obecny w swoich następcach. Krzesło Apostoła jest oznaką godności - jest tronem prawdy, która w godzinie pod Cezareą stała się dla niego i jego następców zadaniem. To krzesło nauczającego przywołuje wciąż w naszej pamięci słowa Pana z Wieczernika: "Ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci" (Łk 22,32). Ale jeszcze inne przypomnienie łączy się z tym krzesłem Apostoła: słowa Ignacego Antiocheńskiego, który ok. 1000 roku w swoim «Liście do Rzymian» Kościół w Rzymie nazwał"Przewodnikiem miłości". Przewodnictwo w wierze musi być przewodnictwem w miłości; te oba przewodnictwa nie dadzą się w ogóle rozdzielić. Wiara bez miłości nie byłaby już wiarą Jezusa Chrystusa. Wyobraźnia św. Ignacego była jednak jeszcze bardziej konkretna: słowo "miłość" w języku pierwotnego Kościoła oznaczało też Eucharystię. Eucharystia wywodzi się przecież z miłości Jezusa Chrystusa, który ofiarował za nas swoje życie. W niej wciąż nam się udziela i sam oddaje się w nasze ręce. Przez nią wypełnia nieustannie swą obietnicę, że z krzyża w swoje otwarte ramiona będzie przyciągał wszystkich (por. J 12,23). W objęciach Chrystusa zostaniemy doprowadzeni do siebie. W jednym Chrystusie będziemy przyjęci i przez to należymy też wzajemnie do siebie: tego, kto znajduje się w tym samym co ja dotyku Chrystusa, nie mogę dalej uważać za obcego.


To wszystko nie jest jednak w żadnym wypadku snuciem jakichś odległych mistycznych myśli, Eucharystia nie jest formą zasadniczą Kościoła: Kościół kształtuje się w Eucharystycznej Wspólnocie. I ponieważ wszystkie wspólnoty wszystkich miejsc i wszystkich czasów należą zawsze tylko do jednego Chrystusa, wynika stąd, że tworzą one jeden jedyny Kościół. Rozciągają - że tak powiem - jakąś sieć"rodzeństwa" ponad swiatem i w ten sposób wiążą ze sobą bliskich i dalekich, tak że przez Chrystusa wszyscy są sobie bliscy. Zwyczajnie jednak sądzimy, iż miłość i porządek tworzą przeciwieństwa: gdzie panuje miłość, nie potrzeba żadnego porządku, bo wszystko rozumie się samo przez się. Ale to jest nieporozumienie: tak względem porządku, jak i miłości. Prawdziwy ludzki porządek to coś innego niż kraty, które zakłada się przed drapieżnymi zwierzętami, aby je trzymać w szrankach. Taki porządek jest szacunkiem dla tego (w innych i w sobie), co najwięcej jest umiłowane, jeżeli zostało przyjete w swoim prawdziwym sensie. Tak więc do Eucharystii należy też porządek, a jej porządek jest zasadniczą istotą porządku w Kościele. Puste krzesło, wskazujące na przewodnictwo w miłości, stosownie do tego mówi do nas o harmonii między miłością a porządkiem. Wskazuje ono w głębi na Chrystusa jako na właściwego "Przewodnika" w miłości. Wskazuje na to, że Kościół ma swoje centrum w służbie Bożej. Mówi nam, że Kościół może "stanowić jedno" tylko we wspólnocie z ukrzyżowanym Chrystusem. Żadna zaradność organizacyjna nie zagwarantuje jego jedności. Tylko wówczas będzie i pozostanie Kościołem powszechnym, gdy jego jedność będzie czymś więcej niż organizacją - gdy będzie żył Chrystusem. Jedynie wiara eucharystyczna, jedynie wspólnota zebrana wokół obecnego Pana może utrzymać Kościół na stałe w jedności. I stąd wypływa porządek Kościoła. Kościół nigdy nie będzie rządzony przez decyzje większości, ale przez wiarę, która dojrzewa w spotkaniu z Chrystusem w czasie Mszy świętej.


Posługa Piotrowa jest przewodnictwem w miłości; oznacza to troskę o to, aby Kościół swą miarę brał z Eucharystii. Zostanie on tym bardziej zjednoczony, im więcej będzie żył miarą Eucharystii i im wierniej w Eucharystii będzie się trzymał miary tradycji wiary. Na bazie jedności będzie też jeszcze bardziej dojrzewała miłość, jaka idzie w kierunku świata: fundamentem Eucharystii jest przecież miłość Jezusa Chrystusa aż do śmierci. Oznacza to naturalnie również, iż ten nie potrafi miłować, kto ból traktuje jako coś, co powinno się zlikwidować czy też, w każdym razie, zostawić drugim. "Przewodnictwo w miłosci": na wstępie mówiliśmy o pustym tronie, ale teraz widać, że "tron" Eucharystii nie jest tronem panowania, lecz twardym krzesłem służby.


Spójrzmy raz jeszcze na trzecią płaszczyznę tego ołtarza: na Ojców Kościoła, którzy dźwigają ten tron służby. Obaj Doktorzy Wschodu, Jan Chryzostom i Atanazy, razem z łacinnikami Ambrożym i Augustynem uosabiają całość Tradycji i pełnię wiary jednego Kościoła. Ważne są tutaj dwie uwagi.


Po pierwsze - miłość opiera się na wierze. Rozpada się ona tam, gdzie człowiek nie potrafi zauważyć Boga. Tak jak ona sama, a z nią porządek i prawo opierają się na wierze, tak samo na wierze oparty jest w Kościele autorytet. Kościół nie może sam sobie wymyślić, jaki by chciał mieć porządek; on może tylko starać się, aby jak najlepiej zrozumieć wewnętrzny głos wiary i według tego żyć. Nie potrzebuje też zasady większościowej, która przecież zawiera w sobie coś okrutnego: strona słabsza - w imię pokoju - musi się podporządkować decyzjom większości, również wtedy, gdy taka decyzja może być zwariowana albo nawet szkodliwa. W ludzkich porządkach nie ma być może innego wyjścia. Ale w Kościele wszystkich nas chroni związanie z wiarą. Każdy jest związany z wiarą i w ten sposób porządek sakramentalny gwarantuje więcej wolności, niż mogliby go zaoferować ci, którzy również Kościół chcieliby podporządkować zasadzie większości.


Po drugie - Ojcowie Kościoła jawią się tutaj jako gwaranci wierności Pismu Świętemu. Hipotezy ludzkiej wykładni zawsze się chwieją. One nie są też w stanie utrzymać tronu. Moc życiowa Słowa Bożego jest wykładana i interpretowana w wierze, którą Ojcowie Kościoła i wielkie sobory czerpały właśnie z tej mocy. Kto się tego trzyma, ten znalazł to, co daje mocny grunt w przemianie czasów.


Przypatrując się poszczególnym częściom, nie możemy jednak zapomnieć całości. Albowiem te trzy warstwy ołtarza wciągają nas w pewien ruch, który jest zarazem wstępowaniem i zstępowaniem. Wiara prowadzi do miłości. Przez to się okazuje, czy jest ona w ogóle wiarą. Wiara ciemna, ponura, egoistyczna - to wiara fałszywa. Kto odkrył Chrystusa, kto odkrył uniwersalną sieć miłości, którą On rozpostarł w Eucharystii, ten musi być radosny i sam musi stać się dawającym. Wiara prowadzi do miłości i tylko przez miłość osiągamy wysokość okna, perspektywę żywego Boga, dotknięcie przez falujące światło Ducha Świętego. W ten sposób przenikają się oba kierunki: od Boga przychodzi światło, spadając na dół, budzi wiarę i miłość, aby nas wziąć potem do góry na drabinę, która znów wiedzie od wiary do miłości i do światła Wiekuistego.


Wewnętrzna dynamika, w którą wciąga nas ołtarz, pozwala w końcu zrozumieć jeszcze ostatni element: okno Ducha Świętego nie istnieje samo dla siebie. Otoczone jest przez niezliczone mnóstwo aniołów, przez chór radości. To oznacza: Bóg nie jest nigdy sam. To by zaprzeczało jego istocie. Miłość jest udziałem, wspólnotą, radością. To spostrzeżenie pozwala na jeszcze jedną refleksję: do światła dołącza dźwięk. Człowiek nieomal słyszy, jak ci aniołowie śpiewają, bo przecież nie można sobie w ogóle wyobrazić, aby te potoki radości układały się w milczenie czy też w gadaninę, czy krzyk; to może być tylko uwielbienie, w którym jednoczą się harmonie i wielość. "A przecież Ty mieszkasz w uwielbieniach Izraela" - mówi Psalm (22,4). Uwielbienie to obłok radości, przez który Bóg przychodzi i który - jako Jego wehikuł - niesie Go w ten świat. Msza święta jest więc takim zapaleniem wiecznego światła i dźwiękiem dzwonu Bożej radości w naszym świecie; jest też równocześnie naszym - wypływającym z głębi pytań i zawirowań - dotykaniem pocieszającego blasku tego światła; jest też w końcu wstąpieniem na drabinę, która prowadzi od wiary do miłości, i w ten sposób otwiera perspektywę nadziei.


[Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", Poznań 1998, s. 25-30]


"Krzesło Apostoła" z IX w., przez długi czas uznawane za katedrę Apostoła Piotra (łac. cathedra - tron, ale także: krzesło)  [foto: Flickr/Prof.Bubbles] oraz inne zdjęcie w  ► dużym formacie



Ołtarz główny w bazylice św. Piotra nad grobem Apostoła, w tle, w absydzie, ołtarz w kaplicy Najświętszego Sakramentu z "Krzesłem Apostoła" (Cathedra Petri) [foto:Flickr/Toby Leung]



Witraż z Duchem Świętym w kaplicy Najświętszego Sakramentu bazyliki św. Piotra w Watykanie.  [foto: Flickr/Lawrence OP]




Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[4]   ""Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (Katedra św. Piotra)" - 22-02-2011