Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watykan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watykan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 marca 2011

"Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (św. Paweł Ap.)

Nawrócenie Apostoła Pawła

Bojownik i cierpiący

Przy wejściu do bazyliki św. piotra papież Pius IX w zeszłym stuleciu wystawił dwie potężne figury Apostołów Piotra i Pawła; dadzą się łatwo rozpoznać po ich atrybutach: klucze w ręce Piotra i miecz w rękach Pawła. Kto nie znałby historii chrześcijaństwa, mógłby przypuszczać, że za tą silną postacią Apostoła Narodów kryje się jakiś wielki wódz albo wojownik, który mieczem tworzył historię i podbijał narody. W ten sposób byłby jednym z wielu, którzy kosztem krwi drugich tworzyli sobie chwałę i bogactwo. Chrześcijanin wie, iż miecz w rękach tego człowieka ma znaczenie przeciwne: miecz jest narzędziem jego zgładzenia. Jako rzymski obywatel nie mógł być ukrzyżowany jak Piotr; został więc ścięty mieczem. Aczkolwiek uważano to wówczas za szlachetny sposób wykonania kary śmierci, to jednak Paweł w historii świata należy do ofiar przemocy, a nie do jej sprawców.

Kto wgłębi się w listy Pawłowe, aby w nich znaleźć coś na kształt ukrytej autobiografii, ten wkrótce rozpozna, że atrybut miecza jako narzędzia męki, nie odnosi się tylko do ostatnich chwil w życiu św. Pawła; miecz można słusznie uważać za atrybut całego jego życia: "W dobrych zawodach wystąpiłem" - pisze w obliczu śmierci do swego umiłowanego ucznia Tymoteusza (2 Tm 4,7), patrząc wstecz na drogę swego życia. Takie słowa dają podstawę, aby Pawła chętnie przedstawiać jako bojownika, jako człowieka czynu, ba, jako naturę gwałtowną... Powierzchowne spojrzenie na jego życie usprawiedliwia poniekąd taki pogląd: w czterech wielkich podróżach przebył znaczną część ówczesnego świata i stał się rzeczywiście nauczycielem narodów, którym zaniósł Ewangelię Jezusa Chrystusa "aż po krańce ziemi". Przez swoje listy trzymał w jedności założone wspólnoty, pchał naprzód ich budowanie i umacniał ich stan. Z właściwym sobie temperamentem rozprawiał się ze swymi przeciwnikami, których nigdy nie brakowało. Używał wszystkich dostępnych środków, aby w miarę możliwości najlepiej zadośćuczynić ciążącemu na nim "obowiązkowi głoszenia Ewangelii" (1 Kor 9,16). Tak więc jest przedstawiany wciąż jako wielki "aktywista", jako patron tych, co wynajdują nowe strategie duszpasterstwa i misji.

To wszystko nie jest fałszywe, ale to nie jest cały Paweł; kto go widzi tylko tak, nie dostrzega istoty jego osoby. Najpierw musimy stwierdzić, że walka św. Pawła nie była walką karierowicza, jakiegoś człowieka żądnego władzy, panowania czy podbojów. To była walka tego typu, jaką opisuje Teresa z Avila. Komentując swoje zdanie: "Bóg chce i kocha dusze odważne", powiada: "Pierwszą rzeczą, którą Pan sprawia swoim przyjaciołom, gdy stają się słabi, jest to, że udziela im odwagi i zabiera strach przed cierpieniem". Przypomina mi się w tym kontekście pewne - na pewno jednostronne i także trochę niesprawiedliwe - spostrzeżenie Teodora Haeckera, które zanotował w czasie wojny w swoich dziennikach; w kazdym razie, jego słowa mogą nam pomóc zrozumieć, o co tutaj chodzi. Zdanie, które mam na myśli, brzmi: "Czasami wydaje mi się, jakby Watykan całkowicie zapomniał, iż Piotr był nie tylko biskupem Rzymu... lecz także męczennikiem". Walka św. Pawła była od początku walką męczennika. Na początku swej drogi należał do prześladowców i używał przemocy przeciwko chrześcijanom. Od chwili swego nawrócenia przeszedł na stronę Chrystusa ukrzyżowanego i sam wybrał drogę Jezusa Chrystusa. Dyplomatą to on nie był; gdzie próbował robić coś dyplomatycznie, tam skutki były marne. Był człowiekiem, który nie miał innej broni niż Ewangelia Jezusa Chrystusa i poświęcenie własnego życia dla tej Ewangelii. Już w Liście do Filipian mówi o tym, że jego życie, jego krew "ma być wylana przy ofiarniczej posłudze" (2,17); w ostatnim słowie do Tymoteusza powróci jeszcze raz to sformułowanie: "Albowiem krew moja już ma być wylana na ofiarę" (2 Tm 4,6). Paweł był człowiekiem gotowym odnosić rany - i to była jego właściwa moc. Nigdy się nie oszczędzał, nigdy nie próbował unikać kłopotów i nieprzyjemności, a juz w ogóle nigdy przez myśl by mu nie przeszło, aby urzadzać sobie piękny żywot.

Wprost przeciwnie: właśnie to, że się sam ofiarował, że się nie oszczędzał, że dla Ewangelii poświęcił się całkowicie i dał się obić, przysporzyło mu wiarygodności i przyczyniło się do budowy Kościoła: "Ja zaś bardzo chętnie poniosę wydatki i nawet siebie samego wydam za dusze wasze" (2 Kor 12,15). Te słowa odkrywają, najgłębszą istotę człowieka. Paweł nie sądził bynajmniej, że głównym zadaniem duszpasterstwa jest unikanie kłopotów, nie myślał też, że apostoł musi mieć przede wszystkim dobre notowania w prasie. Nie, on chciał potrząsać, budzić ze snu sumienia - jeżeli nawet trzeba by było zapłacić za to życiem. Z jego listów wiemy, że nie był wcale wielkim mówcą. Również Mojżeszowi i Jeremiaszowi brakowało talentu krasomówczego; obaj więc wymawiali się przed Bogiem, iż te braki czynią ich niezdatnymi dla przewidzianej misji. "Gdy się zjawia osobiście, słaby jest, a jego mowa nic nie znaczy" (2 Kor 10,10) - obgadywali go przeciwnicy. O początkach swej misji w Galacji opowiada nam: "Wiecie przecież, jak pierwszy raz głosiłem wam Ewangelię zatrzymany chorobą" (Ga 4,13). Paweł oddziaływał nie dzięki wspaniałej retoryce czy wyrafinowanym strategiom, lecz dzięki całkowitemu poświęceniu się Ewangelii Jezusa i zaangażowaniu w nią. Również dzisiaj Kościół na tyle potrafi przekonać ludzi, na ile jego głosiciele gotowi będą na przyjęcie ran. Gdzie brakuje gotowości do cierpienia, nie ma też istotnej próby prawdy, na którą zdany jest Kościół. Jego walka może być zawsze tylko walką tych, co gotowi są przelać własną krew: walką męczenników.

Ten miecz w rękach św. Pawła - oprócz narzędzia męczeńskiego - może mieć oczywiście także jeszcze inne znaczenie. Miecz w Piśmie Świętym symbolizuje również słowo Boże, które jest "skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca" (Hbr 4,12). Ten mecz dzierżył Paweł; tym mieczem podbijał ludzi. Miecz symbolizuje tutaj - koniec końców - po prostu siłę prawdy; ta siła jest swoistego rodzaju. Prawda bowiem może zadać ból, może zranić - i to jest jej natura miecza. Ponieważ życie w fałszu albo życie poza granicami prawdy często wydaje się bardziej wygodne niż prawo do prawdy, przeto ludzie złoszczą się na prawdę, chcą ją stłamsić czy zejść jej z drogi. Któż z nas mógłby zaprzeczyć, że jeszcze nigdy prawda mu nie przeszkadzała - prawda o sobie samym, prawda o tym, co powinniśmy czynić czy czego zaniechać? Któż z nas może utrzymywać, że nigdy nie próbował naginać prawdy do siebie albo przynajmniej trochę ją "przykroić", aby nie była tak bolesna? Paweł był niewygodny, bo był człowiekiem prawdy; kto oddaje się całkowicie prawdzie i nie chce mieć innej broni, ale też innego zadania niż prawda, ten wprawdzie nie musi być koniecznie zaraz zabity, ale będzie się posuwał coraz bliżej w stronę męczeństwa: będzie cierpiał, stanie się cierpiący. Głosić prawdę - nie będąc przy tym heretykiem czy faryzeuszem - oto wielkie zadanie.

Paweł wygląda w niektórych sporach na trochę zgorzkniałego, trochę fanatycznie upartego. Fanatykiem jednak na pewno nie był: teksty pełne dobroci, jakie znajdujemy we wszystkich jego listach (a najpiękniejsze są chyba w Liście do Filipian), są właściwym znamieniem jego charakteru. Potrafił być wolny od fanatyzmu, bo przecież nie przemawiał w swoim interesie, lecz niósł do ludzi dar Kogoś innego: prawdę o Chrystusie, który za nią umarł i aż do śmierci pozostał Tym, który miłuje. Myślę, że i w tym punkcie musimy trochę skorygować nasz obraz Pawła. Zbyt nam siedzą w uszach jego teksty "bojowe". Tutaj dzieje się coś podobnego jak z Mojżeszem: przed nami staje zawsze jako ten "rogaty", spiżowy, zagniewany. A przecież Księga Liczb powiada o nim, że "był człowiekiem bardzo skromnym, najskromniejszym ze wszystkich ludzi, jacy żyli na ziemi" (12,13). Kto przeczyta całego Pawła, odkryje też Pawła łagodnego. Powiedzieliśmy wcześniej, że jego sukces zależał od jego gotowości do cierpienia. Teraz trzeba dodać: cierpienie i prawda tworzą całość. Paweł był zwalczany, bo był człowiekiem prawdy. Tajemnica tego, że z jego słów i z życia wyrosło coś trwałego, leży w tym, że służył prawdzie i z powodu niej cierpiał. Cierpienie jest koniecznym uwiarygodnieniem prawdy, ale tylko prawda nadaje sens cierpieniu.

Przy wejściu do bazyliki św. Piotra stoją figury obu Apostołów: Piotra i Pawła. Również w głównym portalu bazyliki św. Pawła za Murami są obaj złączeni, przedstawieni w scenach ich życia i cierpienia. Tradycja chrześcijańska od początku widziała razem nierozłącznie Piotra i Pawła: obaj przedstawiają całą Ewangelię. W Rzymie to złączenie obu w "braci w wierze" otrzymało jeszcze jedną specyficzną wymowę. Chrześcijanie Rzymu zobaczyli w nich przeciwieństwo mitycznej pary braci Romulusa i Romusa, którym przypisuje się założenie Rzymu. Ci dwaj mężowie są jakąś osobliwą paralelą pierwszej pary braci w historii biblijnej: Kaina i Abla, z których jeden stanie się mordercą drugiego. Słowo "braterskość" od strony czysto ludzkiej otrzymało tutaj gorzki smak. Jak to braterstwo może wyglądać między ludźmi, przedstawiają religie w podobnych parach braci. Piotr i Paweł, z punktu widzenia ludzkiego tak różniący się między sobą i naprawdę nie wolni od konfliktów, jawią się nam jako założyciele nowego miasta, jako wcielenie nowego i prawdziwego braterstwa, które możliwe stało się tylko dzięki Ewangelii Jezusa Chrystusa. Świat ratuje nie miecz zdobywców, lecz miecz cierpiących. Tylko naśladowanie Chrystusa prowadzi do braterstwa, do nowego miasta: to mówi nam para braci z obu wielkich bazylik Rzymu.

-- Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", 1996 r., s. 20-24


Św. Paweł Ap. przed bazyliką św. Piotra w Watykanie. Współrzędne GPS 41° 54' 08'' N x 12° 27' 18'' E   [foto: Flickr/Marco]



Św. Paweł Ap. przed głównym wejściem do bazyliki św. Pawła za Murami (San Paolo fuori le Mura) w Rzymie, przy Via Ostiense. Współrzędne GPS: 41° 51' 31'' N x 12° 28' 39'' E   [foto: Flickr/McLinus]



 
"Nawrócenie Pawła" (Caravaggio, 1601 r., 230 x 175 cm, Rzym, kościół Santa Maria del Popolo). Współrzędne GPS 41° 54' 41'' N x 12° 28' 35'' E  [foto: Flickr/HEN-Magonza]:

-"Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciw ościeniowi... podnieś się i stań na nogi" (Dz 26, 14.16)
- "Co mam czynić, Panie?"
(...)
-"Pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia" (Dz 9,16)



Święci Apostołowie Piotr i Paweł w przyjacielskich objęciach - relief na zachodniej pierzei Via Ostiense (współrzędne GPS 41° 51' 50'' N x 12° 28' 42'' E), nieco ponad 500 m na północ od bazyliki św. Pawła za Murami  [foto: Panoramio/sherpes] 





Rozmyślania Josepha Kardynała Ratzingera "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[3]  ""Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (św. Paweł Ap.)" - 25-01-2011

środa, 23 lutego 2011

"Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (Katedra św. Piotra)



Dziś:   22 lutego   (Katedry św. Piotra Apostoła)



Średniowieczny pomnik z brązu św. Piotra Apostoła na tronie (Cathedra Petri), w bazylice św. Piotra w Watykanie [foto: Flickr/Lawrence OP]



Katedra św. Piotra


"Przewodnictwo w miłości".

Ołtarz - katedra św. Piotra w Rzymie

Kto po przemierzeniu potężnej nawy środkowej bazyliki św. Piotra w Rzymie, dotrze w końcu do ostatniego ołtarza w absydzie, zapewne oczekuje jakiegoś triumfalnego przedstawienia św. Piotra, nad którego grobem kościół ten został zbudowany. Ale nic z tego - wśród rzeźb tego ołtarza nie ma w ogóle postaci Apostoła. Stoimy przed pustym tronem, który zdaje się niemal kołysać, choć podtrzymują go cztery figury wielkich Doktorów Kościoła Zachodu i Wschodu. Przytłumione światło, które kładzie się po tronie, spływa z wyżej położonego okna, otoczonego przez rozkołysanych aniołów kierujących strumienie światła dalej na dół.


Co oznacza ta kompozycja? Co chce nam powiedzieć? Wydaje mi się, że ukryte jest tutaj głębokie znaczenie istoty Kościoła i - w tym zawarte - znaczenie Urzędu Piotrowego. Zacznijmy od okna, które przez swoje przyćmione kolory równocześnie skupia do wewnątrz i otwiera na zewnątrz i do góry. Łączy ono Kościół z całością stworzenia; poprzez gołębicę Ducha Świętego wskazuje na Boga jako właściwe źródło wszelkiego światła. Ale mówi ono też coś innego: Kościół w swojej istocie podobny jest do okna, które jest przestrzenią zetknięcia przeciwległej tajemnicy Bożej z naszym światem i które także jest otwarciem świata na blask Jego światła. Kościół nie jest dla siebie, nie jest żadnym końcem, lecz wymarszem poza siebie i poza nas samych. Kościół tym bardziej odpowiada swemu prawdziwemu charakterowi, im bardziej staje się "przepuszczalny" dla Tego, od którego przychodzi i do którego prowadzi. Przez okno wiary Kościoła Bóg schodzi w ten świat i rozbudza tęsknotę za czymś większym. Kościół jest wchodzeniem i wychodzeniem od Boga do nas, od nas do Boga. Jego zadaniem jest otwierać świat zamknięty w sobie, dawać mu światło, bez którego byłby nie zamieszkany.


Przypatrzmy się teraz następnej płaszczyźnie tego ołtarza. Przed oczyma mamy pusta katedrę z pozłacanego brązu, w środku której znajduje się drewniane krzesło z IX wieku, uważane przez długi czas za katedrę Apostoła Piotra i dlatego umieszczone w tym miejscu. W ten sposób uwidacznia się znaczenie tej części ołtarza. Katedra Piotra mówi więcej, niż mógłby powiedzieć jakiś obraz. Wyraża stałą obecność Apostoła, który jako nauczający pozostaje jakoś obecny w swoich następcach. Krzesło Apostoła jest oznaką godności - jest tronem prawdy, która w godzinie pod Cezareą stała się dla niego i jego następców zadaniem. To krzesło nauczającego przywołuje wciąż w naszej pamięci słowa Pana z Wieczernika: "Ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci" (Łk 22,32). Ale jeszcze inne przypomnienie łączy się z tym krzesłem Apostoła: słowa Ignacego Antiocheńskiego, który ok. 1000 roku w swoim «Liście do Rzymian» Kościół w Rzymie nazwał"Przewodnikiem miłości". Przewodnictwo w wierze musi być przewodnictwem w miłości; te oba przewodnictwa nie dadzą się w ogóle rozdzielić. Wiara bez miłości nie byłaby już wiarą Jezusa Chrystusa. Wyobraźnia św. Ignacego była jednak jeszcze bardziej konkretna: słowo "miłość" w języku pierwotnego Kościoła oznaczało też Eucharystię. Eucharystia wywodzi się przecież z miłości Jezusa Chrystusa, który ofiarował za nas swoje życie. W niej wciąż nam się udziela i sam oddaje się w nasze ręce. Przez nią wypełnia nieustannie swą obietnicę, że z krzyża w swoje otwarte ramiona będzie przyciągał wszystkich (por. J 12,23). W objęciach Chrystusa zostaniemy doprowadzeni do siebie. W jednym Chrystusie będziemy przyjęci i przez to należymy też wzajemnie do siebie: tego, kto znajduje się w tym samym co ja dotyku Chrystusa, nie mogę dalej uważać za obcego.


To wszystko nie jest jednak w żadnym wypadku snuciem jakichś odległych mistycznych myśli, Eucharystia nie jest formą zasadniczą Kościoła: Kościół kształtuje się w Eucharystycznej Wspólnocie. I ponieważ wszystkie wspólnoty wszystkich miejsc i wszystkich czasów należą zawsze tylko do jednego Chrystusa, wynika stąd, że tworzą one jeden jedyny Kościół. Rozciągają - że tak powiem - jakąś sieć"rodzeństwa" ponad swiatem i w ten sposób wiążą ze sobą bliskich i dalekich, tak że przez Chrystusa wszyscy są sobie bliscy. Zwyczajnie jednak sądzimy, iż miłość i porządek tworzą przeciwieństwa: gdzie panuje miłość, nie potrzeba żadnego porządku, bo wszystko rozumie się samo przez się. Ale to jest nieporozumienie: tak względem porządku, jak i miłości. Prawdziwy ludzki porządek to coś innego niż kraty, które zakłada się przed drapieżnymi zwierzętami, aby je trzymać w szrankach. Taki porządek jest szacunkiem dla tego (w innych i w sobie), co najwięcej jest umiłowane, jeżeli zostało przyjete w swoim prawdziwym sensie. Tak więc do Eucharystii należy też porządek, a jej porządek jest zasadniczą istotą porządku w Kościele. Puste krzesło, wskazujące na przewodnictwo w miłości, stosownie do tego mówi do nas o harmonii między miłością a porządkiem. Wskazuje ono w głębi na Chrystusa jako na właściwego "Przewodnika" w miłości. Wskazuje na to, że Kościół ma swoje centrum w służbie Bożej. Mówi nam, że Kościół może "stanowić jedno" tylko we wspólnocie z ukrzyżowanym Chrystusem. Żadna zaradność organizacyjna nie zagwarantuje jego jedności. Tylko wówczas będzie i pozostanie Kościołem powszechnym, gdy jego jedność będzie czymś więcej niż organizacją - gdy będzie żył Chrystusem. Jedynie wiara eucharystyczna, jedynie wspólnota zebrana wokół obecnego Pana może utrzymać Kościół na stałe w jedności. I stąd wypływa porządek Kościoła. Kościół nigdy nie będzie rządzony przez decyzje większości, ale przez wiarę, która dojrzewa w spotkaniu z Chrystusem w czasie Mszy świętej.


Posługa Piotrowa jest przewodnictwem w miłości; oznacza to troskę o to, aby Kościół swą miarę brał z Eucharystii. Zostanie on tym bardziej zjednoczony, im więcej będzie żył miarą Eucharystii i im wierniej w Eucharystii będzie się trzymał miary tradycji wiary. Na bazie jedności będzie też jeszcze bardziej dojrzewała miłość, jaka idzie w kierunku świata: fundamentem Eucharystii jest przecież miłość Jezusa Chrystusa aż do śmierci. Oznacza to naturalnie również, iż ten nie potrafi miłować, kto ból traktuje jako coś, co powinno się zlikwidować czy też, w każdym razie, zostawić drugim. "Przewodnictwo w miłosci": na wstępie mówiliśmy o pustym tronie, ale teraz widać, że "tron" Eucharystii nie jest tronem panowania, lecz twardym krzesłem służby.


Spójrzmy raz jeszcze na trzecią płaszczyznę tego ołtarza: na Ojców Kościoła, którzy dźwigają ten tron służby. Obaj Doktorzy Wschodu, Jan Chryzostom i Atanazy, razem z łacinnikami Ambrożym i Augustynem uosabiają całość Tradycji i pełnię wiary jednego Kościoła. Ważne są tutaj dwie uwagi.


Po pierwsze - miłość opiera się na wierze. Rozpada się ona tam, gdzie człowiek nie potrafi zauważyć Boga. Tak jak ona sama, a z nią porządek i prawo opierają się na wierze, tak samo na wierze oparty jest w Kościele autorytet. Kościół nie może sam sobie wymyślić, jaki by chciał mieć porządek; on może tylko starać się, aby jak najlepiej zrozumieć wewnętrzny głos wiary i według tego żyć. Nie potrzebuje też zasady większościowej, która przecież zawiera w sobie coś okrutnego: strona słabsza - w imię pokoju - musi się podporządkować decyzjom większości, również wtedy, gdy taka decyzja może być zwariowana albo nawet szkodliwa. W ludzkich porządkach nie ma być może innego wyjścia. Ale w Kościele wszystkich nas chroni związanie z wiarą. Każdy jest związany z wiarą i w ten sposób porządek sakramentalny gwarantuje więcej wolności, niż mogliby go zaoferować ci, którzy również Kościół chcieliby podporządkować zasadzie większości.


Po drugie - Ojcowie Kościoła jawią się tutaj jako gwaranci wierności Pismu Świętemu. Hipotezy ludzkiej wykładni zawsze się chwieją. One nie są też w stanie utrzymać tronu. Moc życiowa Słowa Bożego jest wykładana i interpretowana w wierze, którą Ojcowie Kościoła i wielkie sobory czerpały właśnie z tej mocy. Kto się tego trzyma, ten znalazł to, co daje mocny grunt w przemianie czasów.


Przypatrując się poszczególnym częściom, nie możemy jednak zapomnieć całości. Albowiem te trzy warstwy ołtarza wciągają nas w pewien ruch, który jest zarazem wstępowaniem i zstępowaniem. Wiara prowadzi do miłości. Przez to się okazuje, czy jest ona w ogóle wiarą. Wiara ciemna, ponura, egoistyczna - to wiara fałszywa. Kto odkrył Chrystusa, kto odkrył uniwersalną sieć miłości, którą On rozpostarł w Eucharystii, ten musi być radosny i sam musi stać się dawającym. Wiara prowadzi do miłości i tylko przez miłość osiągamy wysokość okna, perspektywę żywego Boga, dotknięcie przez falujące światło Ducha Świętego. W ten sposób przenikają się oba kierunki: od Boga przychodzi światło, spadając na dół, budzi wiarę i miłość, aby nas wziąć potem do góry na drabinę, która znów wiedzie od wiary do miłości i do światła Wiekuistego.


Wewnętrzna dynamika, w którą wciąga nas ołtarz, pozwala w końcu zrozumieć jeszcze ostatni element: okno Ducha Świętego nie istnieje samo dla siebie. Otoczone jest przez niezliczone mnóstwo aniołów, przez chór radości. To oznacza: Bóg nie jest nigdy sam. To by zaprzeczało jego istocie. Miłość jest udziałem, wspólnotą, radością. To spostrzeżenie pozwala na jeszcze jedną refleksję: do światła dołącza dźwięk. Człowiek nieomal słyszy, jak ci aniołowie śpiewają, bo przecież nie można sobie w ogóle wyobrazić, aby te potoki radości układały się w milczenie czy też w gadaninę, czy krzyk; to może być tylko uwielbienie, w którym jednoczą się harmonie i wielość. "A przecież Ty mieszkasz w uwielbieniach Izraela" - mówi Psalm (22,4). Uwielbienie to obłok radości, przez który Bóg przychodzi i który - jako Jego wehikuł - niesie Go w ten świat. Msza święta jest więc takim zapaleniem wiecznego światła i dźwiękiem dzwonu Bożej radości w naszym świecie; jest też równocześnie naszym - wypływającym z głębi pytań i zawirowań - dotykaniem pocieszającego blasku tego światła; jest też w końcu wstąpieniem na drabinę, która prowadzi od wiary do miłości, i w ten sposób otwiera perspektywę nadziei.


[Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", Poznań 1998, s. 25-30]


"Krzesło Apostoła" z IX w., przez długi czas uznawane za katedrę Apostoła Piotra (łac. cathedra - tron, ale także: krzesło)  [foto: Flickr/Prof.Bubbles] oraz inne zdjęcie w  ► dużym formacie



Ołtarz główny w bazylice św. Piotra nad grobem Apostoła, w tle, w absydzie, ołtarz w kaplicy Najświętszego Sakramentu z "Krzesłem Apostoła" (Cathedra Petri) [foto:Flickr/Toby Leung]



Witraż z Duchem Świętym w kaplicy Najświętszego Sakramentu bazyliki św. Piotra w Watykanie.  [foto: Flickr/Lawrence OP]




Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[4]   ""Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (Katedra św. Piotra)" - 22-02-2011