czwartek, 3 marca 2011

Bożonarodzeniowe zamyślenia (1)

"Wół i osioł przy żłobie"

Na Boże Narodzenie życzymy sobie z całego serca, aby ten świąteczny czas pośrodku całego bieżącego zabiegania przyniósł nam trochę zamyślenia i radości, coś z dotknięcia przez dobroć naszego Boga, i w ten sposób abyśmy poczuli nową odwagę do dalszego pielgrzymowania. Na początku niniejszego rozważania na temat wymowy świąt Bożego Narodzenia pomocny nam będzie krótki rzut oka na historię powstania tego święta.

Rok liturgiczny Kościoła rozwinął się nie z wpatrywania się w narodzenie Chrystusa, lecz z wiary w Jego zmartwychwstanie. Przeto nie Boże Narodzenie jest praświętem chrześcijaństwa, lecz Wielkanoc. Albowiem dopiero zmartwychwstanie położyło fundamenty pod wiarę chrześcijańską i Kościół. Dlatego już Ignacy Antiocheński (zm. ok. 117 roku po narodzeniu Chrystusa) nazywa chrześcijan tymi, co "nie zachowują już więcej szabatu, lecz żyją według dnia Pańskiego": być chrześcijaninem znaczy żyć Wielkanocą, znaczy żyć zmartwychwstaniem, które obchodzi się w cotygodniowym wspomnieniu Wielkanocy w niedzielę. Pierwsza wzmianka o tym, że Jezus urodził się 25 grudnia, znajduje się na pewno u Hipolita z Rzymu, w jego komentarzu do proroka Daniela, napisanym ok. roku 204 po narodzeniu Chrystusa. Swego czasu Bo Reicke, egzegeta z Bazylei, zwrócił uwagę na kalendarz świąt, według którego ułożone są w Ewangelii Łukasza opowiadania o narodzinach Jana Chrzciciela i narodzinach Jezusa. Z tego by wynikało, ze już Łukasz w swojej Ewangelii zakładał, iż Jezus urodził się 25 grudnia. Tego dnia bowiem obchodzono wówczas - wprowadzone w 164 roku przed narodzeniem Chrystusa przez Judę Machabeusza - święto poświęcenia świątyni, a data narodzenia Jezusa miałaby symbolizować, że razem z Nim, przychodzącym w zimową noc jako Boże światło, wydarzyło się prawdziwe poświęcenie świątyni: przyjście Boga na ziemię.

Jakkolwiek by się do tego odnieść, święto Bożego Narodzenia przyjęło wyraźną postać dopiero w IV wieku, kiedy rzymskie święto niezwyciężonego boga Słońca zostało wyparte z kalendarza, a narodziny Chrystusa czczono jako zwycięstwo Prawdziwego Światła. Z notataek Bo Reicke'a wynika jasno, że ta przemiana pogańskiego święta w chrześcijańską uroczystość dokonała się nie bez wpływu starej judeochrześcijańskiej tradycji.

Jednak to szczególnie ludzkie ciepło (które w święto Bożego Narodzenia tak bardzo się nam udziela, że trudno tu dorównać Wielkanocy) przyszło właściwie dopiero w średniowieczu. I tutaj Franciszek z Asyżu, powodowany głęboką miłością do Jezusa-Człowieka, do Emmanuela, pomógł nam wprowadzić to nowe! Tomasz z Celano, jego pierwszy biograf, w "Żywocie drugim" opisuje następujące zdarzenie:

"Boże Narodzenie obchodził z większym entuzjazmem niż inne święta, nazywając świętem nad świętami dzień, w którym Bóg, stawszy się dziecięciem, ssał mleko kobiety. Z niewysłowioną słodyczą pieścił wizerunek ciała Dziecięcia, a litość dla Niego przepełniająca mu serce sprawiała, że czule wypowiadał słowa, tak jak dziecko. A imię Jezus było mu tak słodkie jak plaster miodu w ustach".

Z takiej właśnie postawy wyrosło potem owo słynne świętowanie Bożego Narodzenia w Greccio, do którego być może przyczyniły się zarówno pielgrzymka do Ziemi Świętej, jak i odwiedziny żłóbka w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore (Matki Bożej Większej). Skłoniły go do tego i tęsknota za bliskością, za rzeczywistością, i pragnienie przeżycia Betlejem całkiem współcześnie, pragnienie bezpośredniego przeżycia radości z narodzenia Dzieciątka Jezus, pragnienie opowiedzenia o tym wszystkim swoim przyjaciołom.

O tamtej nocy spędzonej przy szopce opowiada Celano w "Pierwszym żywocie"w sposób, który do dziś porusza ludzkie serca, czym zarazem istotnie przyczynił się do tego, iż mógł się rozszerzyć najpiękniejszy bożonarodzeniowy zwyczaj: szopka. Możemy więc z całą pewnością powiedzieć, że tamta noc w Greccio na nowo przyniosła chrześcijaństwu święto Bożego Narodzenia, tak że jego własna wymowa, jego szczególne ciepło i człowieczeństwo naszego Boga, udzieliło się duszom, a wierze dało nowy wymiar. Święto Zmartwychwstania skierowało wzrok na moc Bożą, która pokonała śmierć, i uczy nas pokładać nadzieję w przyszłym świecie. Teraz jednak widoczna jest bezbronna miłość Boga, Jego pokora i dobroć, która się nam ukazuje pośrodku tego świata i chce nas nauczyć, abyśmy w tej miłości na nowy sposób żyli i kochali.

Być może, okaże się pożytecznym, abyśmy jeszcze tutaj na chwilę przystanęli i zapytali: gdzie właściwie leży to Greccio, które dla historii wiary posiada tak wielkie znaczenie? To jest niewielka miejscowość w dolinie Rieti, w Umbrii, niedaleko od Rzymu w kierunku północno-wschodnim. Jezioro i góry nadają temu skrawkowi ziemi szczególny urok, a jego ciche piękno potrąca struny naszego wnętrza i dzisiaj, tym bardziej, że nie dociera tutaj wcale cały turystyczny majdan. Konwent w Greccio położony jest na wysokości 638 metrów i zachował coś z prostoty swoich początków; pozostał nadal skromny, jak wioska u jego stóp; jak za czasów Biedaczyny, otoczony jest lasem i zaprasza do zadumy. Celano powiada, że Franciszek darzył mieszkańców tego zakątka szczególną miłością z powodu ich ubóstwa i prostoty; przybywał tutaj często, aby odpocząć; przyciągała go też cela, nad wyraz uboga i ukryta, w której bez przeszkód mógł się oddawać kontemplacji rzeczy niebieskich. Ubóstwo, prostota i milczenie ludzi, a zdrugiej strony mowa stworzenia - to były z pewnością wrażenia i odczucia, jakie wiązał z tym miejscem Święty z Asyżu. W ten sposób to miejsce mogło stać się jego Betlejem; w ten sposób mogło ono Tajemnicę z Betlejem wpisać na nowo w geografię dusz.

Ale powróćmy jeszcze do Bożego Narodzenia z 1223 roku. Teren z Greccio został ofiarowany Biedaczynie z Asyżu przez pewnego szlachetnego męża imieniem Jan, o którym mówi Celano, że"choć był szlachetnego rodu i cieszył się na swej ziemi szacunkiem, wzgardziwszy szlachetnością ciała, poszedł za szlachetnością duszy". Dlatego właśnie Franciszek "umiłował go szczególną miłością".

O Janie napisał Celano, że tej właśnie nocy otrzymał on łaskę cudownego widzenia. widział leżące nieruchomo w żłobie małe dziecko, które zbudziło się z głębokiego snu wtedy, gdy zbliżył się święty Franciszek. Autor dodaje: "A widzenie to nie było niezgodne z rzeczywistością, ponieważ Dzieciątko Jezus zostało zapomniane w sercach wielu ludzi, a Jego łaski zostały przypomniane dzięki świętemu słudze Franciszkowi i wspomnienie o Nim wryło się im głęboko w pamięć"  ("Żywot pierwszy").

W tym obrazie opisany jest dokładnie nowy wymiar, jaki Franciszek swoją - sercem i uczuciem przepełnioną - wiarą ofiarował chrześcijańskiemu światu święto Bożego Narodzenia: było to odkrycie objawienia Bożego, jakie ukryte jest właśnie w Dzieciątku Jezus. Właśnie w ten sposób Bóg stał się naprawdę "Emmanuelem", Bogiem z nami, od którego nie oddziela nas żaden szlaban wysokości czy oddalenia. Jako Dziecko, stał się nam tak bliski, że możemy bez skrępowania mówić do Niego "Ty", możemy z Nim pozostawać na "Ty" ze względu na bezpośredni dostęp do dziecięcego serca.

W Dzieciątku Jezus objawiła się nam najwyraźniej bezbronność miłości Bożej: Bóg przychodzi bez broni, ponieważ nie chce ludzi podbijać od zewnątrz, On chce zwyciężać od wewnątrz, od wewnątrz chce zmieniać ludzi. Jeżeli cokolwiek może pokonać pychę człowieka, jego żądzę posiadania i używania przemocy, to na pewno bezbronność dziecka. Bóg przybrał tę postać, aby nas w ten sposób pokonać i doprowadzić do nas samych.

Nie zapomnijmy przy tym, że najwyższa godność Jezusa Chrystusa nosi tytuł "Syn" - Syn Boży; Boża godność wyraza się w słowie określającym Jezusa jako ustawiczne Dziecko. Jego bycie dzieckiem odpowiada w sposób swoisty Jego Boskości, która jest Boskością "Syna". Tak więc "bycie dzieckiem" wskazuje, jak my możemy dojść do Boga, do przebóstwienia. Na tym tle łatwiej zrozumieć Jego słowa: "Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego"  (Mt 18,3).

Kto nie zrozumiał Tajemnicy Bożego Narodzenia, ten nie zrozumiał istoty bycia chrześcijaninem. Kto nie przyjął tej tajemnicy, ten nie może wejść do królestwa niebieskiego - to jest prawda, którą Franciszek chciał na nowo przypomnieć chrześcijaństwu swojego czasu i każdego czasu następnego.

W jaskini w Greccio stanęły tamtej świętej nocy - zgodnie ze wskazówkami świętego Franciszka - wół i osioł. Zacnemu Janowi powiedział wówczas tak: "Chciałbym jak najbardziej prawdziwie przypomnieć owo Dziecię, jak się narodziło w Betlejem, i wszystkie niewygody i wyrzeczenia, jakie musiało znosić. Chciałbym moimi cielesnymi oczami zobaczyć, jak zostało położone w żłobie, jak spało na sianie, między wołem i osłem" ("Żywot pierwszy").

Od tego czasu wół i osioł należą do każdego "wyposażenia" żłóbka. Ale dlaczego właściwie się one tutaj znalazły? W Nowym Testamencie nie ma przecież o nich ani słowa. Szukając odpowiedzi na to pytanie, natrafiamy na stan rzeczy, który jest ważny zarówno dla zwyczajów bożonarodzeniowych, jak i w ogóle dla duchowości bożonarodzeniowej i wielkanocnej Kościoła, wyrażającej się w liturgii i zwyczajach ludowych.

Wół i osioł nie są zwykłymi "produktami"pobożnej fantazji; te dwa zwierzęta - dzięki wierze Kościoła w jedność Starego i Nowego Testamentu - stały się towarzyszami Bożonarodzeniowego Wydarzenia. U Izajasza (1,3) bowiem czytamy:"Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela; Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie".

Ojcowie Kościoła widzieli w tych słowach profetyczną zapowiedź nowego ludu Bożego, Kościoła składającego się z Żydów i pogan. Wobec Boga wszyscy ludzie - Żydzi i poganie - byli jak wół i osioł, bez rozumu i poznania. Dzieciątko w żłobie otworzyło im jednak oczy, tak że teraz rozpoznają głos swojego właściciela, głos swego pana.

Można zauważyć, jak w średniowiecznych przedstawieniach oba zwierzęta posiadają niemal ludzkie twarze i z czcią i świadomością stoją w pochyleniu przed tajemnicą Dzieciątka. W tym była pewna logika, gdyż zwierzęta służyły jako szyfr profetyczny, za którym kryje się tajemnica Kościoła - nasza tajemnica, gdzie, gdzie my, osły i woły, stoimy wobec Wiekuistego - tajemnica wołu i osła, którym w tę świętą noc otwierają się oczy i rozpoznają leżącego w żłobie swego Pana.

Ale czy my Go rzeczywiście rozpoznajemy? Oglądając w szopce wołu i osła musimy pamiętać o tych słowach Izajasza, które są nie tylko ewangelią (tj. obietnicą przyszłego poznania), lecz także sądem nad obecnym zaślepieniem. Wół i osioł rozpoznają, a "Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie".

Kto dzisiaj jest wołem, kto osłem, to "ludem moim" niczego nie rozumiejącym? Po czym rozpoznać wołu i osła, po czym "lud mój"? Dlaczego w ogóle tak jest, że nierozumność rozpoznaje, a rozum pozostaje ślepy?

Aby znaleźć odpowiedź na te pytania, musimy razem z Ojcami Kościoła powrócić jeszcze raz do pierwszego Bożego Narodzenia. Kto nie rozpoznał i kto rozpoznał? I dlaczego tak było?

Do tych, którzy nie rozpoznali, trzeba zaliczyć przede wszystkim Heroda, który także niczego nie zrozumiał wówczas, gdy mu opowiadano o Dzieciątku; wręcz przeciwnie, żądza posiadania i związana z nią mania prześladowcza zaślepiały go jeszcze bardziej. Nie rozpoznała też "z nim cała Jerozolima" (Mt 2,3). Nie rozpoznali również ludzie ubrani w "miękkie szaty" (Mt 11,8) - ludzie wytworni. Dalej do tych, co nie rozpoznali, należą uczeni panowie, znawcy Biblii, specjaliści od wykładania Pisma, którzy wprawdzie umieli znaleźć odpowiedni cytat biblijny, ale mimo to niczego nie rozumieli (por. Mt 2,6).

Do tych, którzy rozpoznali należeli - w porównaniu z ludźmi o ustalonej renomie to"wół i osioł" - pasterze, mędrcy, Maryja i Józef. Czyż mogło być inaczej? Stajnia, gdzie urodził się Jezus, nie jest domem wytwornych ludzi; w stajni "mieszkają" wół i osioł.

Jaka jest jednak nasza postawa? Oddaliliśmy się od stajni dlatego, że jesteśmy zbyt wytworni i zbyt rozumni? Czy nie zaplątaliśmy się w uczonych interpretacjach biblijnych, w udowadnianiu prawdziwości czy nieprawdziwości miejsc historycznych tak bardzo, że sami nie widzimy Dzieciątka i nic od Niego nie przyjmujemy? Czy nie tkwimy zbyt w "Jerozolimie", w pałacu, czy nie jesteśmy zbyt zadomowieni w nas samych, w naszej żądzy poznawania, w naszej manii prześladowczej? Jakże więc możemy usłyszeć nocą głos aniołów? Jakże możemy iść i pokłonić się?

Tak więc tej nocy patrzą na nas pytająco oczy wołu i osła: lud mój niczego nie rozumie, a czy ty rozumiesz głos twego Pana? Ustawiając w szopce znane od dziecka figury, prośmy Boga, aby nasze serce obdarował tą prostotą, która w Dzieciątku odkryje Pana - jak kiedyś to uczynił Franciszek w Greccio. Wówczas może się wydarzyć to, co Celano - posługując się niemal słowami świętego Łukasza o pasterzach owej pierwszej świętej nocy (Łk 2,20) - napisał o uczestnikach pasterki w Greccio:"wszyscy pełni radości wrócili do swoich domów" ("Żywot pierwszy").


-- Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", 1996 r.



Greccio koło Rieti - ok. 70 km na płn.-wsch. od Rzymu  - klasztor franciszkanów i sanktuarium św. Franciszka. Współrzędne GPS 42° 27' 40.70'' N x 12° 45' 05.80'' E  [foto: Flickr/dabliuph]  ►[widok ogólny na klasztor - w dużo większym formacie]



Klasztorna cela w sanktuarium św. Franciszka  [foto: Panoramio/AlexDeger]



Św. Franciszek w grocie betlejemskiej w Greccio, w 1223 r. (płaskorzeźba w sanktuarium św. Franciszka)  [foto: Flickr/Gita] 


Pomnik św. Franciszka, przed sanktuarium w Greccio  [foto: Flickr/Gita]







Rozmyślania Josepha Kardynała Ratzingera "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[1]  "Bożonarodzeniowe zamyślenia (1)" - 30-12-2010

środa, 23 lutego 2011

"Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (Katedra św. Piotra)



Dziś:   22 lutego   (Katedry św. Piotra Apostoła)



Średniowieczny pomnik z brązu św. Piotra Apostoła na tronie (Cathedra Petri), w bazylice św. Piotra w Watykanie [foto: Flickr/Lawrence OP]



Katedra św. Piotra


"Przewodnictwo w miłości".

Ołtarz - katedra św. Piotra w Rzymie

Kto po przemierzeniu potężnej nawy środkowej bazyliki św. Piotra w Rzymie, dotrze w końcu do ostatniego ołtarza w absydzie, zapewne oczekuje jakiegoś triumfalnego przedstawienia św. Piotra, nad którego grobem kościół ten został zbudowany. Ale nic z tego - wśród rzeźb tego ołtarza nie ma w ogóle postaci Apostoła. Stoimy przed pustym tronem, który zdaje się niemal kołysać, choć podtrzymują go cztery figury wielkich Doktorów Kościoła Zachodu i Wschodu. Przytłumione światło, które kładzie się po tronie, spływa z wyżej położonego okna, otoczonego przez rozkołysanych aniołów kierujących strumienie światła dalej na dół.


Co oznacza ta kompozycja? Co chce nam powiedzieć? Wydaje mi się, że ukryte jest tutaj głębokie znaczenie istoty Kościoła i - w tym zawarte - znaczenie Urzędu Piotrowego. Zacznijmy od okna, które przez swoje przyćmione kolory równocześnie skupia do wewnątrz i otwiera na zewnątrz i do góry. Łączy ono Kościół z całością stworzenia; poprzez gołębicę Ducha Świętego wskazuje na Boga jako właściwe źródło wszelkiego światła. Ale mówi ono też coś innego: Kościół w swojej istocie podobny jest do okna, które jest przestrzenią zetknięcia przeciwległej tajemnicy Bożej z naszym światem i które także jest otwarciem świata na blask Jego światła. Kościół nie jest dla siebie, nie jest żadnym końcem, lecz wymarszem poza siebie i poza nas samych. Kościół tym bardziej odpowiada swemu prawdziwemu charakterowi, im bardziej staje się "przepuszczalny" dla Tego, od którego przychodzi i do którego prowadzi. Przez okno wiary Kościoła Bóg schodzi w ten świat i rozbudza tęsknotę za czymś większym. Kościół jest wchodzeniem i wychodzeniem od Boga do nas, od nas do Boga. Jego zadaniem jest otwierać świat zamknięty w sobie, dawać mu światło, bez którego byłby nie zamieszkany.


Przypatrzmy się teraz następnej płaszczyźnie tego ołtarza. Przed oczyma mamy pusta katedrę z pozłacanego brązu, w środku której znajduje się drewniane krzesło z IX wieku, uważane przez długi czas za katedrę Apostoła Piotra i dlatego umieszczone w tym miejscu. W ten sposób uwidacznia się znaczenie tej części ołtarza. Katedra Piotra mówi więcej, niż mógłby powiedzieć jakiś obraz. Wyraża stałą obecność Apostoła, który jako nauczający pozostaje jakoś obecny w swoich następcach. Krzesło Apostoła jest oznaką godności - jest tronem prawdy, która w godzinie pod Cezareą stała się dla niego i jego następców zadaniem. To krzesło nauczającego przywołuje wciąż w naszej pamięci słowa Pana z Wieczernika: "Ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci" (Łk 22,32). Ale jeszcze inne przypomnienie łączy się z tym krzesłem Apostoła: słowa Ignacego Antiocheńskiego, który ok. 1000 roku w swoim «Liście do Rzymian» Kościół w Rzymie nazwał"Przewodnikiem miłości". Przewodnictwo w wierze musi być przewodnictwem w miłości; te oba przewodnictwa nie dadzą się w ogóle rozdzielić. Wiara bez miłości nie byłaby już wiarą Jezusa Chrystusa. Wyobraźnia św. Ignacego była jednak jeszcze bardziej konkretna: słowo "miłość" w języku pierwotnego Kościoła oznaczało też Eucharystię. Eucharystia wywodzi się przecież z miłości Jezusa Chrystusa, który ofiarował za nas swoje życie. W niej wciąż nam się udziela i sam oddaje się w nasze ręce. Przez nią wypełnia nieustannie swą obietnicę, że z krzyża w swoje otwarte ramiona będzie przyciągał wszystkich (por. J 12,23). W objęciach Chrystusa zostaniemy doprowadzeni do siebie. W jednym Chrystusie będziemy przyjęci i przez to należymy też wzajemnie do siebie: tego, kto znajduje się w tym samym co ja dotyku Chrystusa, nie mogę dalej uważać za obcego.


To wszystko nie jest jednak w żadnym wypadku snuciem jakichś odległych mistycznych myśli, Eucharystia nie jest formą zasadniczą Kościoła: Kościół kształtuje się w Eucharystycznej Wspólnocie. I ponieważ wszystkie wspólnoty wszystkich miejsc i wszystkich czasów należą zawsze tylko do jednego Chrystusa, wynika stąd, że tworzą one jeden jedyny Kościół. Rozciągają - że tak powiem - jakąś sieć"rodzeństwa" ponad swiatem i w ten sposób wiążą ze sobą bliskich i dalekich, tak że przez Chrystusa wszyscy są sobie bliscy. Zwyczajnie jednak sądzimy, iż miłość i porządek tworzą przeciwieństwa: gdzie panuje miłość, nie potrzeba żadnego porządku, bo wszystko rozumie się samo przez się. Ale to jest nieporozumienie: tak względem porządku, jak i miłości. Prawdziwy ludzki porządek to coś innego niż kraty, które zakłada się przed drapieżnymi zwierzętami, aby je trzymać w szrankach. Taki porządek jest szacunkiem dla tego (w innych i w sobie), co najwięcej jest umiłowane, jeżeli zostało przyjete w swoim prawdziwym sensie. Tak więc do Eucharystii należy też porządek, a jej porządek jest zasadniczą istotą porządku w Kościele. Puste krzesło, wskazujące na przewodnictwo w miłości, stosownie do tego mówi do nas o harmonii między miłością a porządkiem. Wskazuje ono w głębi na Chrystusa jako na właściwego "Przewodnika" w miłości. Wskazuje na to, że Kościół ma swoje centrum w służbie Bożej. Mówi nam, że Kościół może "stanowić jedno" tylko we wspólnocie z ukrzyżowanym Chrystusem. Żadna zaradność organizacyjna nie zagwarantuje jego jedności. Tylko wówczas będzie i pozostanie Kościołem powszechnym, gdy jego jedność będzie czymś więcej niż organizacją - gdy będzie żył Chrystusem. Jedynie wiara eucharystyczna, jedynie wspólnota zebrana wokół obecnego Pana może utrzymać Kościół na stałe w jedności. I stąd wypływa porządek Kościoła. Kościół nigdy nie będzie rządzony przez decyzje większości, ale przez wiarę, która dojrzewa w spotkaniu z Chrystusem w czasie Mszy świętej.


Posługa Piotrowa jest przewodnictwem w miłości; oznacza to troskę o to, aby Kościół swą miarę brał z Eucharystii. Zostanie on tym bardziej zjednoczony, im więcej będzie żył miarą Eucharystii i im wierniej w Eucharystii będzie się trzymał miary tradycji wiary. Na bazie jedności będzie też jeszcze bardziej dojrzewała miłość, jaka idzie w kierunku świata: fundamentem Eucharystii jest przecież miłość Jezusa Chrystusa aż do śmierci. Oznacza to naturalnie również, iż ten nie potrafi miłować, kto ból traktuje jako coś, co powinno się zlikwidować czy też, w każdym razie, zostawić drugim. "Przewodnictwo w miłosci": na wstępie mówiliśmy o pustym tronie, ale teraz widać, że "tron" Eucharystii nie jest tronem panowania, lecz twardym krzesłem służby.


Spójrzmy raz jeszcze na trzecią płaszczyznę tego ołtarza: na Ojców Kościoła, którzy dźwigają ten tron służby. Obaj Doktorzy Wschodu, Jan Chryzostom i Atanazy, razem z łacinnikami Ambrożym i Augustynem uosabiają całość Tradycji i pełnię wiary jednego Kościoła. Ważne są tutaj dwie uwagi.


Po pierwsze - miłość opiera się na wierze. Rozpada się ona tam, gdzie człowiek nie potrafi zauważyć Boga. Tak jak ona sama, a z nią porządek i prawo opierają się na wierze, tak samo na wierze oparty jest w Kościele autorytet. Kościół nie może sam sobie wymyślić, jaki by chciał mieć porządek; on może tylko starać się, aby jak najlepiej zrozumieć wewnętrzny głos wiary i według tego żyć. Nie potrzebuje też zasady większościowej, która przecież zawiera w sobie coś okrutnego: strona słabsza - w imię pokoju - musi się podporządkować decyzjom większości, również wtedy, gdy taka decyzja może być zwariowana albo nawet szkodliwa. W ludzkich porządkach nie ma być może innego wyjścia. Ale w Kościele wszystkich nas chroni związanie z wiarą. Każdy jest związany z wiarą i w ten sposób porządek sakramentalny gwarantuje więcej wolności, niż mogliby go zaoferować ci, którzy również Kościół chcieliby podporządkować zasadzie większości.


Po drugie - Ojcowie Kościoła jawią się tutaj jako gwaranci wierności Pismu Świętemu. Hipotezy ludzkiej wykładni zawsze się chwieją. One nie są też w stanie utrzymać tronu. Moc życiowa Słowa Bożego jest wykładana i interpretowana w wierze, którą Ojcowie Kościoła i wielkie sobory czerpały właśnie z tej mocy. Kto się tego trzyma, ten znalazł to, co daje mocny grunt w przemianie czasów.


Przypatrując się poszczególnym częściom, nie możemy jednak zapomnieć całości. Albowiem te trzy warstwy ołtarza wciągają nas w pewien ruch, który jest zarazem wstępowaniem i zstępowaniem. Wiara prowadzi do miłości. Przez to się okazuje, czy jest ona w ogóle wiarą. Wiara ciemna, ponura, egoistyczna - to wiara fałszywa. Kto odkrył Chrystusa, kto odkrył uniwersalną sieć miłości, którą On rozpostarł w Eucharystii, ten musi być radosny i sam musi stać się dawającym. Wiara prowadzi do miłości i tylko przez miłość osiągamy wysokość okna, perspektywę żywego Boga, dotknięcie przez falujące światło Ducha Świętego. W ten sposób przenikają się oba kierunki: od Boga przychodzi światło, spadając na dół, budzi wiarę i miłość, aby nas wziąć potem do góry na drabinę, która znów wiedzie od wiary do miłości i do światła Wiekuistego.


Wewnętrzna dynamika, w którą wciąga nas ołtarz, pozwala w końcu zrozumieć jeszcze ostatni element: okno Ducha Świętego nie istnieje samo dla siebie. Otoczone jest przez niezliczone mnóstwo aniołów, przez chór radości. To oznacza: Bóg nie jest nigdy sam. To by zaprzeczało jego istocie. Miłość jest udziałem, wspólnotą, radością. To spostrzeżenie pozwala na jeszcze jedną refleksję: do światła dołącza dźwięk. Człowiek nieomal słyszy, jak ci aniołowie śpiewają, bo przecież nie można sobie w ogóle wyobrazić, aby te potoki radości układały się w milczenie czy też w gadaninę, czy krzyk; to może być tylko uwielbienie, w którym jednoczą się harmonie i wielość. "A przecież Ty mieszkasz w uwielbieniach Izraela" - mówi Psalm (22,4). Uwielbienie to obłok radości, przez który Bóg przychodzi i który - jako Jego wehikuł - niesie Go w ten świat. Msza święta jest więc takim zapaleniem wiecznego światła i dźwiękiem dzwonu Bożej radości w naszym świecie; jest też równocześnie naszym - wypływającym z głębi pytań i zawirowań - dotykaniem pocieszającego blasku tego światła; jest też w końcu wstąpieniem na drabinę, która prowadzi od wiary do miłości, i w ten sposób otwiera perspektywę nadziei.


[Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny", Poznań 1998, s. 25-30]


"Krzesło Apostoła" z IX w., przez długi czas uznawane za katedrę Apostoła Piotra (łac. cathedra - tron, ale także: krzesło)  [foto: Flickr/Prof.Bubbles] oraz inne zdjęcie w  ► dużym formacie



Ołtarz główny w bazylice św. Piotra nad grobem Apostoła, w tle, w absydzie, ołtarz w kaplicy Najświętszego Sakramentu z "Krzesłem Apostoła" (Cathedra Petri) [foto:Flickr/Toby Leung]



Witraż z Duchem Świętym w kaplicy Najświętszego Sakramentu bazyliki św. Piotra w Watykanie.  [foto: Flickr/Lawrence OP]




Józef Kardynał Ratzinger, "Obrazy Nadziei. Wędrówki przez rok kościelny":
[4]   ""Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w..." ;) (Katedra św. Piotra)" - 22-02-2011